Translate

sobota, 23 sierpnia 2014

Czasem w góre czasem w dół...

Jestem juz prawie na wylocie. Za dwa tygodnie będe w domu. Jakos...jakoś trudno mi w to uwierzyc...doprawdy. Juz tak sie "zasiedziałam" ze zaczynam wątpic ze mialam inne życie...czuję jakbym tu byla od zawsze. "Żasiedziałam" - hmmm...smiechu warte. Toz ja latam, biegam, krece sie czasem w kólko w zalezności od tego w którą stronę "zawieje" pani Danke. Pani Danke wyraźnie lepiej sie czuje i jest coraz bardziej...absorbująca. Tzn ja jestem zaabsorbowana przez panią Danke. Bo generalnie to ona siedzi i wydaje polecenia a ja biegam. I tu jest ten haczyk...przypominam sobie rozmowe z Rozi:
- Mama jest najważniejsza, ważniejsza od odkurzania czy sprzatania. Rob to co mama ci powie.
No to robie!!! Cała mase dziwnych rzeczy, robie wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi. Czasem az mnie skręca...ale ...pani Danke jest najwazniejsza.
 Zaczyna sie robic ładna pogoda i pani Danke coraz dłuzej przesiaduje na werandzie. Weranda jest oszklona i kiedy słonce świeci to ją ogrzewa. Pani Danke siedzi na wersalce i...patrzy. Patrzy i siedzi...I w tym patrzeniu ma ostatnio największe upodobanie. Niby nic jeszcze nie ma...pierwsze kwiatki trawa...ale pani Danke uwielbia swój ogród a przede wszystkim swoje róze. Na razie tylko patyki wystające z ziemi ale pani Danke sie nimi zachwyca. No i oczywiście pelargonie...
Mój Boże! Maria sie tak napracowała. Poprzycinała, poprzesadzała. Pol dnia jej to zajęło. I co?! Pani Danke kazała(!) mi podlewac...i dyngerować...codziennie. Biedne pelargonie nie wytrzymały takiej dawki poweru i najnormalniej ...zmarniały. Popaliłam - na rozkaz- biedne roślinki. Nic nie pomogły moje persfazje że nie mozna codziennie, że tam napisano jak często...jak do ściany. Pani Danke wie lepiej bo to jej dynger i jej pelargonie. Teraz pani Danke siedzi na werandzie i wyrzeka jak to Maria zmarnowała jej pelargonie. Tak mi sie Marii żal zrobiło bo to ja je załatwiłam, ze chciałam głowe połozyc na stołku i powiedziec pani Danke:
- Tnij kobieto bo to moja wina a nie Marii.
Oczywiście jak przyjechała Rozi to pani Danke w lament wielki uderzyła że Rozi pojechała do miasta i zakupila nowe pelargonie i posadziła w miejsce starych. Pięknie sie zrobiło na werandzie. I piekne chwile mialam...całe trzy dni :) Bo pani Danke siedziała, patrzyła i zachwycała sie ...i Durchfall sie zachwycał na pewno też bo z tego zachwytu go zatkalo...
Ale...życie sie dalej toczy :) Po fazie zachwytów przyszla proza ...i Dünger ....
Biedne kwiatki dlugo nie pociągną...
Dzis przyjechała Rozi i od progu zapowiedziała że przyjedzie koordynator...pan R. Rozi przykleila karteczkę przy dzwonku do drzwi żeby zapukał a nie dzwonił. Kiedy pani danke poszła na poobiednią drzemkę punktualnie o 13tej zjawil sie pan R. Przywiózł mi wydrukowany bilet na autobus. Weszlismy do salonu, podałam kawe i sobie siedze a Rozi i pan R. rozmawiają. Niewiele z tej rozmowy rozumiem ale często powtarzaja nazwe mojej firmy. Zaczełam sie dziwnie czuc i walsnie chciałam powiedziec że schodze do siebie kiedy Rozi powiedziaal do mnie:
- Jak chcesz to wyjdź sobie na spacer na dwie godziny. Jak mama wstanie to sie nią zajmę.
Ludzie, no nie...na uszy mi chyba padło. Juz chcialam żeby powtórzyła ale byłoby to niegrzeczne. To chyba pokazówka była ale co tam...mam wolne od...zaraz kiedy?...Od Bożego Narodzenia!. Alleluja! A pan R. powiedzial że po mnie przyjedzie i zostawia mi adres mailowy i jak bede miała wracac to najpierw do niego mam napisac. A Rozi co mnie odprowadziła do drzwi powiedziala szeptem: -
- R. jest bardzo ważną osobą.
No jasne że ważną - myslę - Tylko bardzo ważne osobistości troszcza sie o opiekunki osób starszych. Ale...zapamietam to.
Wyszlam na ulice. Słoneczko, ptaszki spiewaja, powietrze cudowne...jak zwykle nikogo na ulicy i sobie maszeruje. Postanowilam że bede dzis skręcac tylko w lewo...i ta niezwykła metodą znalazłam skrót do kościoła i...schody. Matko! Czemu ja wczesniej o tych schodach nie wiedziałam! O ilez łatwiej by mi było z zakupami. No tak...lepiej późno niz wcale. Schodze tymi schodami w dół i stanęłam tak w połowie drogi. Popatrzyłąm w dół, potem w górę...Jak w życiu- myslę- raz w góre do gwiazd a raz w dół...w przepaść...

Tak stojąc doszłam do wniosku że to dobre miejsce gdzie teraz jestem...po środku...i myśle ze w 50% ode mnie zależy czy zacznę sie wspinac czy spadać....


Dünger i...cisnienie hoch

W piatek przyszla umówiona wczesniej Maria , która miała sie zając pelargoniami "odpoczywającymi" przez zimę w tzw "piwnicy". Oczywiście na parę dni wczesniej przed ta wizytą pani Danke lauferowała koło tych pelargonii ze zdwojona szybkościa a ja...no cóż...lauferowałam razem z nią. Bo miałam jedną skrzynkę przestawic tu, potem drugą tam a potem te pierwsza postawic znowu tu...i tak w kółko. W koncu pani Danke mocno juz zmęczona, zaległa w swoim magicznym fotelu i wydawala polecenia...
- Johana teraz podnies zaluzje  w "piwnicy"
- Johana, teraz przysun skrzynki do drzwi.
- Johana teraz weź dynger i wlej do konewki.
Matko jedyna! Jaki dynger!? Mówie ze nie rozumiem. Pani Danke robi wieeelkie oczy i zdziwiona pyta
- Ty nie rozumiesz!? Nie wierze. No dynger! W butelce.
Ide po raz setny do "piwnicy" i szukam ...W butelce... Wista wio, łatwo powiedziec...butelek sto ale na żadnej "dynger" nie pisze. Za to "wein" i owszem...cała bateria...ale dyngera ani kropelki. Wracam do pani Danke i mowie że nie ma. Pani Danke że MUSI byc...wracam...juz mi patrzałki z orbit wychodzą ...nawet słoiki przeleciałam wzrokiem i konserwy...a cisnienie mi rośnie...
Wracam...
- Nie ma - mówie - a co to ten dynger ? - pytam
- Dynger jest do podlewania kwiatów - mówi pani Danke
Do podlewania kwiatów to jest woda , mysle sobie a nie dynger...
Pani Danke jest mocno zdenerwowana (ja jeszcze bardziej) . Mój Anioł wczasy sobie chyba zrobił albo specjalnie sie nie odzywa i ma ubaw teraz po pachy. Ja cię tam panie Anioł pytać nie bede...mam swoj rozum...dijde dzis co to dynger i bez twojej pomocy.
Powiedziałam pani Danke że po pauzie poszukam jeszcze raz bo tak mnie głowa boli że przespie sie jak ona bedzie spała....
I znowu slyszę "arme Johana"...Rekę mam...a nawet dwie...naprawde nie wiem o co z tym "arme" chodzi....
Jednak kiedy pani Danke spała po obiedzie ja do słownika i dalej szukac o co chodzi....trudno bo nie wiem jak sie pisze. Ale ze zaczyna sie na litere "D" wiec na tym sie skupiam. Sune palcem po kolejnych słowach...Durchfall - omijam automatycznie...WRESZCIE...
Dünger !!! - nawóz!!! kojarze z podlewaniem i jazda do "piwnicy". Jeszcze raz butelka po butelce robie przegląd...i ...nie ma...rozpacz...
I nagle błysk...na werandzie tez sa jakies butelki...lece ...jest!!!Dünger!!! Zielona plastikowa butelka z tym czyms...
No - mówie - panie Anioł znalazłam, wiem...i mysle ze ty chciałes żebym sama do tego doszła.
Ze cisnienie mi to podnioslo to tez dobrze...jestem niskocisnieniowiec :)
Chyba od dzis bede sobie "Dynger" zamiast kawy serwowac.


Kutyna powoli sie podnosi

O chorobie...tej faktycznej...pani Danke nadal wiem niewiele. Wszystko to raczej domysły. Lekarz - wiadomo- obowiązuje go tajemnica lekarska, pielęgniarze? Może wiedzą więcej ode mnie, chocby ze wzgledu na leki które dozują ale nie mówią mi nic. Może ich tez obowiązuje tajemnica zawodowa...Chociaż? Ostatnio, tak nagle w zwykłej rozmowie Stefan zaczął opowiadac że był chory na raka. Nie powiedział czego dotyczył...tzn jakich organów...ale zwycięzył. Pokonał tego skorupiaka. Dlaczego o tym zaczął mówic? Mam podejrzenia...myslę ze to że pani Danke jest w dobrej kondycji to remisja po operacji...i moja opieka tez :) Pamiętam że po tata po operacji tez lepiej wyglądał...Żył jeszcze trzy lata. Kiedy pogorszylo mu sie i trafil do szpitala w Gdyni, mój brat pojechał na Hel gdzie tata byl operowany. Tam lekarz, który tate operował nie mógł uwierzyc że to TEN pan M. I pojechał żeby sie upewnic. mamie powiedział ze tacie zostało max 10 miesięcy...
- To byla dobra opieka pana mamy- powiedzial wtedy
Nie myśle bron Boże że jestem cudotwórczynią, bo tak naprawde to nie wiem co pani Danke naprawde jest. Wiem tylko że przytyła :) 4 kg w ciągu 3 miesięcy. Ma więcej siły. Juz "lauferuje" kilka razy dziennie po kilka długości przedpokoju na raz, powtarzając " Links, links, ajn cfaj, draj..." Sama idzie do toalety i tylko musze jej pomóc w razie odwiedzin Durchwalla.
Ostanio wpadła w totalną depresje...zaczęła krzyczec że chce powietrza, chce "drausen"...jeździla na wózku po mieszkaniu chcac sie z niego wydostać...naprawde...byłam bezradna...Ubrałam ja ciepło i wyprowadziłam na werande...posiedziala 5 min i sie uspokoiła. Zadzwoniła do koleżanki i ta ma w przyszłym tygodniu przyjść pelargonie przesadzic. Juz jest lepiej...smutne to wszystko....
Wczoraj była Rozi....zapytalam czy lekarz mówił jej jak dlugo po operacji bedzie biegunka....Rozi ze spokojem powiedziala ze tak (!?) Lekarz powiedział że do trzech miesięcy....
I teraz sie pytam siebie...bo kogo mam zapytac? Dlaczego mi nikt nic nie powiedział!? Dlaczego ktoś pozwolił żebym stawała na rzęsach, wymyślała przyczyny biegunki? Dlaczego ze spokojem patrzono jak walczę jak lwica z czymś czego zwalczyc nie można?!
Ja naprawde nie jestem taboretem...a tak czuje że sie mnei traktuje....Nie wiem...mam w głowie zamęt...musze pracować...ale ...no własnie....za jaką cenę?
...nic to...niech jeszcze i to...jeszcze i to....


Mam koleżankę :)

Dzis obudziłam sie z bólem głowy...niby dobrze spałam ale czuje sie jakbym całą noc z kims walczyla. Moze mi sie coś śniło...ale nie pamiętam. Poranek i do 12tej upłynął normalnie...bez większych niespodzianek i "niespodzianek" tym bardziej. Po obiedzie juz byłam przygotowana na" Nie bede spała" pani Danke a tu pierwsza niespodzianka :) Pani Danke posłusznie położyął sie w łóżeczku, kazała zasunąc żaluzje i...spytała zwyczajowo "Johana, Verzeih mir?". Upsss...tego nie bylo w programie...zwykle wybaczam wieczorem. No coż, korona mi z głowy nie spadnie jak wybaczę tez w południe. Poszłam do swego pokoju i usiadłam do wyszywania. Po godzinie pomyślałam że skoro nachbarina przyjdzie to lepiej teraz wszystko przygotuję....Nakryłam do stołu, przygotowałam ekspres (10 razy sprawdzając czy jest w nim kawa) wyszłam "sie dodwutlenic" i znowu zasiadlam w fotelu z robótką. Lubie te chwile...z radia płynie cicha muzyka...taka typowa niemiecka, łatwo wpadająca w ucho, melodyjna...to u nich lubie. Żadnych "łubu-dubu" po uszach. Patrze na zegarek...juz po 15tej a nachbarina ma byc za godzinę. Trzeba budzic panią Danke. Wchodze do sypialni a pani Danke chrapie aż miło. Delikatnie dotykam jej ramienia i mówie ze trzeba wstawac. Pani Danke otwiera oczy, uśmiecha sie i mówi
- Dzien dobry Johana Juz dawno tak dobrze nie spałam w nocy.
???? Jakiej nocy? Mowie ze jest popołudnie i podnosze zaluzje...pani Danke zdziwiona patrzy że jest w bluzce i ponczochach...i zaczyna sie śmiac. Ja tez ale mi nie do śmiechu...Od pewnego czasu zauważyłam że ma zaburzenia czasowe...przestrzenne jeszcze nie...na razie. Mówiłam o tym z Rozi ale powiedziała że mama ma 90 lat i ma prawo zapominac. Możliwe...zna mame lepiej...pomimo ze mieszka od wielu lat 300km dalej...ale codziennie dzwoni wiec zauważyłaby chyba jakieś zmiany w zachowaniu. Cóż ja...jestem tu dopiero 3 miesiące...ale za to 24 godziny na dobę.
Zawiozłam panią Danke do pokoju...
- A co to za święto? - pyta pani Danke
Naprawde sie zaniepokoiłam...
- Dzis przychodzi sąsiadka - odpowiadam
Pani Danke az podskoczyla w wozku:
- O której?
- O 16tej czyli za 15 min.
Pani Danke nerwowo zaczęła wypytywac czy jest ciasto, kawa...ale wszystko juz było przygotowane i z pani Danke....wyszło powietrze :)
- Jak dobrze ze jesteś Johana - powiedziała z ulga w głosie - ty o wszystkim pamiętasz a ja zapomniaalm.
Zrobilo mi sie smutno...nie wiem...cały czas próbuje sobie wyobrazic jej życie po wylewie a przed operacja...JOhan mi wiele powiedzial..Była zupełnie sama...ktos wpadał na chwile...i znowu była sama. Johan mówil że często jak wieczorem przychodził to pani Danke (lato) "guliała" po ogrodzie przy chodziku....No trudno ale ja nie rozumiem...takiej nieodpowiedzialności dzieci...Bo to jest nieodpowiedzialność. jestem daleka od tego zeby kogoś oceniac...Stwierdzam tylko fakt. Kobieta po wylewie, wymagająca opieki ( stąd pielegniarze)...generalnie musi sobie radzic sama...zwłaszcza w nocy. Jest wprawdzie zaopatrzona w "nutruf" i ma telefon ale...czasem sa sytuacje że nie starcza siły żeby przycisnąc guzik...a czasem strach paraliżuje....No kompletny brak wyobraźni...
O 16tej do okna zapukala sąsiadka. Wyszłam na werandę i otworzyłam jej drzwi. Pani Sprengel jest rówiesniczką pani Danke...no trochę młodsza...skonczy 90 lat w lipcu. Jest sprawna, samodzielna ale wolala skorzystac z podjazdu w ogrodzie niz schodzic po schodach. Podałam kawe i ciasto i usiadłam przy stole na "zwyczajowe" 5 min (pani Danke juz wie że "libe" siedze u siebie w tym czasie. Obie starsze panie rozmawialy wciągając mnie do tej rozmowy co było mile. W pewnym momencie zwróciłam sie do pani Sprengel :
- Czy życzy sobie pani jeszcze kawy? (formy grzecznościowe mam opanowane juz na medal)
- Jestem Frida - usłyszałam w odpowiedzi
Zmieszana niezbyt precyzyjna odpowiedzia...może to z racji wieku...powtarzam pytanie i znowu sąsiadka odpowiada z usmiechem:
- Jestem Frida.
No masz - myslę- zdaje sie że pani Sprengel jest bardziej chora od pani Danke, bo ta zawsze odpowiada z sensem na pytania.
Musiałam miec chyba niemądrą mina bo pani Danke zaczęła sie śmiac i mówi że własnie pani Sprengel powiedziaal że mam sie do niej zwracac po imieniu. Ze świętym oburzeniem potrząsnęłam głową.
- Nie mogę.
- Dlaczego? - zapytaly obie niemal jednocześnie
- Dlatego ze to będzie brak szacunku.
Obie panie popatrzyły na siebie z uśmiechem a pani Sprengel powiedziaal że ona sobie tak życzy, że bedzie jej miło i mam tak do niej mowić ...bo ona nie jest taka stara na jaką wygląda :)
Cóż....więc od dziś mam nową koleżankę. Ma na imię Frida,  srebrzyste włosy, uśmiech Anioła i oczy ...no takie...wszytkowiedzące...
Kiedy wychodzila objęła mnie( a raczej schowala sie pod moim ramieniem bo malutka jak kurczaczek) i powiedziała:
- Dziękuję ci Johana. Przy tobie Emi odżyła...
I jeszcze coś w tym stylu ze w razie problemów to mam przyjsc do niej i jej córki.
Zrobiło mi sie miło...ale...czerwone światelko...
W razie jakich problemów?


Naprawde powinnam JUZ wyjechac...

...bo inaczej starce swoją tożsamość...Całe szczęscie że dzwonie od dwóch dni do domu :) Kochany Stefan przyniósł mi taki tani przednumer do Polski. 01017 na stacjonarne i 01086 na komorke. Jako ze w domu nie mam stacjonarnego to dzwonie na ten drugi numer...Szczęscie ze moge dzwonic i nieszczescie zarazem bo czesto mam po tych rozmowach "nerrrrwa". Ale mowię po polsku...Niemniej chyba za późno dostałam ten kierunkowy ...Przekonalam sie dzisiaj w Aldiku...
Zjechałam dzis po zakupy z czubka gory z mocnym postanowieniem że kupie ogórki kiszone bo strrraszsznie mi sie salatki zachciało :) Bo ja tu gotuję na co ja mam ochote. Pani Danke i tak zawsze, co bym nie podała, reaguje piskiem zachwytu i wcina az milo patrzec i gotowac.Chodze więc miedzy regałami ...no tak stoja słoiki ...ogórki konserwowe, ogórki "twarde" , na moje oko chyba są tez ogórki tzw pikle, maziuga z ogorków, ciapaja z ogórków, ogórki tarte, małe duże, cienkie grube...ale żadnego, nawet połowy kiszonego. Zaopatrzona juz w karteczkę ( po ostatniej kompromitacji z drożdżami) podchodze do pani w kasie i mówię:
- Ich suche sauren Gurken.
- Tu nie dostanie pani ogórków kiszonych - odpowiada z uśmiechem kasjerka
Kurcze! - myśle z zachwytem - ja wszystko zrozumiałam!
Kasjerka dalej sie usmiechając mówi dalej:
- Ogórki kiszone dostanie pani tylko w ruskich sklepach. Ale to w Kassel.
No - myslę- ja jestem wielka! To tez zrozumiałam! I...nagle w głowie błyskawica...Matko! Kasjerka mówiła do mnie po polsku!!
Tak długo tu jestem i myslałam że jedna Polka tu jestem a tu taka niespodzianka! Zaczęłam zagadywac. Pani kasjerka rozmawiała chętnie dopóki nie zjawiła sie jej koleżanka i jeden klient. W tym momencie przeszła metamorfoze...I przez 2 minuty może (nim sie zorientowałam) ja mowilam po polsku a ona odpowiadala mi po niemiecku. Jak teraz o tym pisze to nie wiem kto ...ja czy ona większego głupa z siebie zrobił. A może jestem niesprawiedliwa...moze jej po prostu nie wolno mówic po polsku...jak jest w pracy...
Wyszłam z mocnym postanowieniem że nie bede kupowac w Aldiku. Ze wstydu nie będe...i żeby pani kasjerki nie narażac na nieprzyjemności. Weszłam jeszcze do Edeki ale tez tylko ogórki w kąpieli octowej były. Szkoda. W domu mialam przygotowane juz warzywa, jaja...trudno...zrobię z konserwowymi. tez można ale ja nie lubie.
Kupiłam tez majonez...ale powiem szczerze...niemiecki majonez nie dorasta do piet naszemu...Salatka wyszła tak sobie. Innego zdania byla pani Danke. Piała na wszystkie tonacje. Nawet do Rozi zadzwoniła "że w życiu tak dobego kartofeln salat" nie jadła.
No - myslę- kartofel tam był ale jako dodatek. Co za dziwna nazwa...dziwny kraj...dziwne zwyczaje i smaki...
No koniec...jutro ma przyjsc nachbarina...trzeba od rana sie mobilizować...w cierpliwość.
Ach, własnie....nachbariny od ostatniego razu sie nie pokazały...chociaż pani Danke dzwoni niemal codziennie. Myśle...to nie moja pycha bynajmniej...ze przyszły mnie obejrzec...jak małpe w ZOO.
Jutro ma przyjsc nachbarina co mieszka pietro wyżej na czubku góry. Kiedy jestem na ogrodzie często rozmawiam z jej córka Sylwią...bardzo miła i serdeczna...Ciasto juz w lodówce...A kawe zrobię jak przyjdzie nachbarina :)))


Trudna decyzja...

Dzwonila dzis koordynatorka z firmy w sprawie potwierdzenia daty mojego wyjazdu i wymiane...
Juz w styczniu zaczęłam analizować ten wyjazd...w połowie lutego konczy sie zadeklarowany przeze mnie trzeci miesiąc pobytu w tym miejscu. Patrzyłam na kalendarz i oczom nie wierzyłam....tak szybko minął ten czas...tyle sie wydarzyło, tyle sie nauczyłam , nie raz popazyłam żabie łapki i omal ich nie poalmałam na zboczach góry z lochem w środku. Ale minął niespodziewanie szybko...
Patrze wiec na kalendarz i ...katastrofa...Jeśli wyjade do domu w polowie lutego to będe musiala wrócic w połowie marca. A 26 marca moja Maminka konczy 80 lat. No nie moge NIE BYC na jej urodzinach. Z drugiej strony ja juz naprawde mam dosć. Tego g...na, tych pampersów, tego nieustannego "JOHAAANAA!" , tego wiecznego pośpiechu z zakupami,...Mam dośc tej góry, tego widoku przepięknego bo tak naprawde to TYLKO widok mi pozostaje bo o zwiedzaniu czegokolwiek nie ma mowy...mam dość tych sobotnich wyjazdów na kawe czy obiady zawsze przerywanymi wizytą w toalecie...i toalety tez mam dość. Jak sama mam do niej isc to juz mi sie niedobrze robi. Najlepiej żebym w ogóle nie musiała tam wchodzic. Zaczyna mnie drażnic nawet sama pani Danke, Rozi z tym swoim słodkim uśmiechem "No przykro mi bardzo"....Powinnam wyjechac natychmiast żeby znowu nie rozleciec sie na kawałki z takim trudem posklejane...
Ale Mama...Mama ma urodziny tylko raz...80 lat to przy jej chorobie jest medyczny sukces. A co jeśli to będą jej ostatnie urodziny? Daruję sobie? Co powiem? Ze wymięklam? Ze pokonało mnie g...no?!
Nie spałam całą noc....rano wyglądałam jak półtora nieszczęscia. Była sobota. O 11tej przyjechałą Rozi (jak zwykle) i kiedy pani Danke drzemala w fotelu ja w kuchni zaczęłam rozmawiac...o możliwości przedłużenia pobytu. Czy wyraża na to zgodę. Rozi sie bardzo ucieszyła. Uzgodniłysmy ze wyjade w połowie marca.
.......kiedy dziś ten telefon z firmy odebrałam....
- Pani Joanno czy potwierdza pani wyjazd 17go lutego?
- A czy mogłabym zostac jeszcze miesiąc?
- Alez nie ma problemu - odpowiada - Czyli kiedy chce pani wracac ?
- 15. marzec - mówię
- Dobrze, dzis wysle pani dokumenty.
- Ale ja chce na miesiąc do domu i tu wrócic - mówie- Rozmawiałam juz z rodziną.
- Noooo...zobaczymy pani Joanno. Na razie wysyłam papiery i ubezpieczenie.
Klap.  Koniec rozmowy.
I wpadłam w panike. "Zobaczymy pani Joanno"....juz raz to pzreranbiałam. A co jak po powrocie do domu znowu bede czekała prawie dwa miesiące na zlecenie?! Naprawde boję sie że moge tu nie wrócic. Bo musze wrócic. Podpisałam cyrograf że jesli przep[racuje 6 miesięcy to nie bede musiała płacic za kurs niemieckiego. Jak mam pracowac następne 2 miesiące to w miejscu które znam. No i potrzebuje ciągłosci pracy....Nasz budżet nie wytrzyma jeszcze jednego postoju....
Naprawde sie martwię....musze porozmawiac z Rozi jak przyjedzie....



Urodziny, urodziny....

I po urodzinach :) Ufff...nareszcie cisza, przerywana od czasu do czasu wezwaniami pani Danke "Jooohaaanaaa!", albo jej szczebiotaniem przez telefon. O ile to pierwsze przeważnie dotyczy pójscia do toalety to szczebiotanie wbrew pozorom po urodzinowym szalenstwie przybrało na sile i wiąże sie  z "Juuunooo!" i Treffen". Okazalo sie że "Juunooo!" to po prostu czerwiec. No i w czerwcu Treffen sie pani Danke w Hanowerze ze znajomymi z Dolnego Śląska i nie tylko. To Treffen to sie nazywa "Schlesiern treffen". Od 50 lat Niemcy wysiedleni z obecnych terenów Polski spotykają sie co dwa lata. Zjeżdżają sie ponoć z całego świata. Od chyab 10 lat (tak zrozumialam) te spotkania odbywają sie w Hanowerze właśnie....No i pani Danke zamierza pojechać. Nie bardzo to sobie wyobrażam ale cóż...nie moja broszka a do czerwca daleko. O tym wszystkim powiedziała mi Rozi.
Dobrze że o tym Juuunoo to sie dowiedziałam przed urodzinami i nie palnełam przez to gafy. No jakby to wyglądało? Przy gościach ja sie pytam :"A kiedy przyjdzie Juunoo?" No katastrofa!
Ale wracając do tematu. W ciągu tego intensywnego tygodnia nie miałam ani czasu na pisanie ani warunków. Tak naprawde to miałam tylko umyć okna w salonie i odkurzyc. Tylko okna w salonie ale za to największe okna w całym domu. Zrobiłam to w poniedziałek a we wtorek juz nie było śladu po moim myciu bo taka zadymka była w nocy ze okna przedstawiały sie raczej nieciekawie. W poniedziałek więc myłam okna caaałyyy dzien bo akurat Durchwall się był zapowiedział . Więc między jednym machnięciem ścierka a drugim biegłam na dół wzywana rozpaczliwym krzykiem pani Danke "JOOOHAAANAAA!!!" Podałam Imodium ale minęło ze trzy godziny jak zadziałął. Może to zdenerwowanie pani Danke zbliżającym sie jej świętem...? 
Po którymś razie pani Danke z płaczem mnie przeprasza i mówi; "Arme Johana" No wiem że jestem jej ramieniem, podporą ale czemu tak ubolewa? W koncu żeby ją uspokoic mówie do niej
- Frau T. to nic, to Pikuś.
Pani Danke patrzy na mnie i pyta co to znaczy. Ja do słownika i mówie ze to drobnostka po polsku. Pani Danke żachnęła sie i powiedziała:
- Jaka drobnostka?! Ja wiem co to dla ciebie za praca! I jest mi przykro, Wybacz mi.
No co mialam zrobic....wybaczyłam po raz kolejny. Jest powiedziane żeby wybaczać nawet siedemdziesiąt i siedem razy...ja tu juz przekroczyłam ten limit :)))
We wtorek rano przyjechała Rozi z rodziną. Od progu, mocno zdenerwowana, szybko cos opowiadala mi i pani Danke. Powiedziałam żeby mówiła wolniej bo nie rozumiem. Otóz w nocy tak napadało że Rozi MUSIAŁA zostawic na jednym z dolnych pieter naszej góry i dalej isc na pieszo bo nie dało sie podjechac. Oj...Żaba...w tym momencie złośliwy chochlik zachichotał, bo sprawdziło sie przysłowie "nie śmiej sie dziadku z cudzego wypadku a dziad sie śmiał i tak samo miał". Jak opowiadałam Rozi o moich przejsciach w Sylwestra, o moich zmaganiach z górą, o tych ślizgach, zjazdach to sie śmiała do łez. Powiem ze mnie to teraz tez bawi i cieszy bo swoim niedoskonałym językiem potrafiłam kogos rozśmieszyc. Niemniej wtedy to bynajmniej nie było mi do smiechu. A tu ? Patrzcie panstwo...Hihiiii...
Pani Danke spokojnie sluchała Rozi po czym powiedziała
- Rozi , kochana, to Pikuś. - po czym spojrzała na mnie z usmiechem i podniosła kciuk do góry. Ja tez bo powiedziała to perfekt.
Rozi najpierw spojrzała na maę z niepokojem. Potem zauważyła nasze gesty i też sie roześmiała ale na pewno nie wiedziaął z czego sie śmieje :)
Po obiedzie i poobiedniej drzemce prztyszła fryzjerka zrobić pani Danke "fryzua". Po raz drugi jak tu jestem pani Danke myje głowe, bo pani Danke myje głowe tylko u fryzjera. A ze była zła pogoda to fryzjer przyszedł do pani Danke. Zziajana, czerwona fryzjerka zabrała panią Danke do łazienki na po czym w pokoju na dole zaczęla scinać, krecić na wałki, suszyć i wreszcie modelować....Pani Danke ma zawsze taką samą fryzure. Z przodu loczki a z tyłu gładko. Potem o te loczki to dba jak o swoje dziecko zakładając na noc czepeczek. Loczki sie długo trzymają bo fryzjerka nie żałuje lakieru.
W środę juz od rana ...ok 10tej zaczęli zjawiac sie...dostawcy z kwiatami, kurierzy z życzeniami i prezentami, delegacje z apteki a nawet z małej Edeki gdzie pani Danke jest stałym klientem.
Ok 11tej przyjechał pastor...no wyglądał zupełnie nie jak duchowny...w dodatku z żoną przyjechal...Potem burmistrz...bez żony ale za to z wieeelkim bukietem róż. Rozi zapraszała gości do salonu i własciwie to ona sie wszystkim zajmowała. Ja siedziałam jak na tureckim kazaniu z przykazaniem że mam byc w pobliżu żeby pomóc pani Danke...wiadomo w czym...
Przezornie(?) Rozi podała dwie kapsułki Imodium ...no konska dawka, myślę....i byl spokój na całe dwa dni.
W czwartek przyszły koleżanki i nachbariny pani Danke. Rozi poprosial mnie o zrobienie ciasta...no i zrobiłam...Ciasto wisniowe z kokosową nutą...Nachbariny nie mogły wyjsc z podziwu i zachwytu jakie to dobre. Poprosiły o przepis...hmmm...ciekawe jak ja im to napisze :) Niemniej stwierdziły że to chyba za dużo roboty...Niemcy to taki dziwny naród...Chcą i lubią dobrze zjeść ale bez roboty przy tym...No tak sie nie da...
W sobotę zjawiła sie rodzina...troche towarzystwa było bo 12 osób. Przyszli po południu. Dzien wczesniej upiekalm "Malinowe marzenie" i Ambasadora. Kiedy robiłam "Malinowe marzenie" przygladal sie przez okno z werandy Hasu, mąż Rozi. Akurat ciapałam maliny do masy serowej. Mam taki sposób że te maliny wpół zamrozone ciapie w ciasto mocno skupiona żeby ciapnąc tak żeby sie schowały w serze. Hasu smiał sie do łez A potem opowiadał gosciom że Johana powinna dostac złoty medal w strzelaniu do celu. Goście mieli zostac na kolacji. Pytam sie co przygotować i tu ...Rozi mnie zaskoczyła...
- Nic - mówi - zamówiłam dwie patery kanapek w Edece. Ty masz wolne i pójdziesz do kościoła na 18tą.
Zaniemówiłam...Od przyjazdu nie byłam w kościele...Trzy miesiące ...Poczułam jakis niepokój w sercu....a jednocześnie niesamowitą radość.
Kiedy goście usiedli do stołu, Dorothea z dzbankiem kawy krążyła wokół niego. Kiedy dotarła do mnie Hasu i Rozi krzyknęli:
- Dorothea! Johana pije tylko kawe ala Angela!
Dorothea spojrzała zdziwiona na nich potem na mnie a w tym czasie juz nadchodziął Rozi z przygotowaną dla mnie kawą. Powiem tak...było mi bardzo miło...naprawde...
Ok 17tej przywieziono (?) nie wiem jak to zrobiono ale dostarczono kanapki...pokrojona w pajdki bułka paryska z różnymi wędlinami i warzywami. Wygladało to naprawde apetycznie. Ale ja juz musialam wychodzic żeby zdążyc na Mszę Św.
Rozi powiedziała ze zostawią mi kolacje. OK. Poszłam.
W kościele...usiadłam zupełnie na koncu....zeby nikt nie widział że płaczę...Nie znam dostatecznie niemieckiego ale znam liturgię....więc wierni modlili sie w swoim języku a ja w swoim...ale ja tylko troche...nie potrafiłam... Cały czas wpatrzona w Ołtarz...w myślach powtarzałam "Boże, mój Boże" i na nic więcej nie było mnie stac. Przyjęłam Komunie...pierwszy raz od dłuższego czasu...i poczułam nagle taka lekkość...taki spokój...i pewnosc że dam rade, ze wszystko sie ułoży...Wracałam do domu na czubku góry z nowymi siłami...i nadzieją która te wszystki moje góry pokona :)
A w domu byli jeszcze goscie. Rozi pozwoliła mi zadzwonic do domu. Pogadałam z rodziną i poszłam zjesc kolację...hmmm...raczej to co z niej zostało... Na talerzu w kuchni lezały sobie 4 pajdki bułki paryskiej :( Może Niemcy dużo nie jedzą ale ja sie tym nie najem. Ale zjadłam i dokroiłam sobie jeszcze 4 pajdy chleba ze smalcem własnej roboty :)

Kladłam sie spac syta ...duchowo też.