- Przyjedzie Maria -
powiedziała Rozi jak przyjechala w sobote. Zrobila taka dziwna mine...niby
zadowolona niby nie.
A mnie tam pietruszka
- muslę sobie- jade do domu. Z duszą na ramieniu jade bo kasandryczne
wiadomości miałam ale po polsku mam nadzieje to jakos ogarnąc...i przy pomocy
euro.
Pani Danke natomiast
poplakuje i prosi abym przysięgła ze wróce. W tym celu mam skrzyżowac dwa palce
(wskazujący i sercdeczny) i podnieśc do góry. Codziennie o to prosi. Ja na to
że przysiegałam raz, przy ołtarzu i wystarczy,
- pani T. - mówie -
nie bede przysięgać ani nie będe planować.
- Dlaczego? - pyta
pani Danke
- Bo nie chce
rozśmieszyć Pana Boga - mówie
Dpsłownie
powiedziałam że nie chce zeby Pan Bóg sie śmiał.
Pani Danke chyba
zrozumiała bo powiedziała że planowali urlop machnąc z panem Danke ale...on
umarł nagle.
Na cztery dni przed
moim wyjazdem dzwoni Rozi że przyjeżdza Małgorzata ..hmmm....ja
"doniosłam" firmie jaki jest stan pani Danke więc może sie Maria
przestraszyła i zrezygnowała. Nic to...pakuję sie...tak czy siak jade.
W przeddzien
przyjazdu Gosi przyjechała Rozi. Wieczorem przyniosła mi do pokoju torbe
...O Matko!!!
Doniczki - filiżanki!!! To te same którymi zachwycalam sie w Herkulesie!
Idealnie pasowac będą do mojej kuchni. Jak je zobaczyłam to tylko powiedziałam
że sa fantastyczne. I juz je mam. Rozi dała mi tez biała świecę i elementy do
dekoracji. Mam zrobic swiece urodzinowa dla mojej mamy ( to taki tu zwyczaj),
zrobic zdjęcie i jej przesłać :) No...fajny pomysł tylko znając moją
mame...moze to opacznie zrozumiec :)
Rozi powiedziała że
jak bede jechac do Ahnatal to mam zabrac laptop a ona załatwi internet żebym
miała kontakt z domem.
Spytałam dlaczego
tyle dla mnie robi. Te dodatkowe pieniądze, papierosy, prezenty a teraz
komputer?
Z serca -
odpowiedziała - I dlatego że jak bedziesz miała internet, papierosy kontakt z
domem to bedziesz dobrze pracowac.
Hmmm...tak sobie
mysle...ja naprawde Rozi lubie ale to chyba tak na 100% z sercem nie ma nic
wspólnego :) Przynajmniej dla mnie :)
Tak w ogóle...to im
dłużej tu przebywam tym bardziej widze jakąś ryse...no...cos mi nie daje
spokoju...coś jak dysonans , fałszywy dźwięk...od czasu do czasu
zazgrzyta...Nie umiem tego nazwac...
Nic to...jade do
domu...pomyslę jutro...może pojutrze...
*******************************************
Uffff....jestem juz w
domu. Ostatnia doba wyczerpała mnie i kreślę te słowa (ostatnie w zeszycie)
nosem podtrzymując długopis.
W dniu mojego wyjazdu
wstałam wcześnie i przygotowałam śniadanie w salonie na górze.
Pan R. przywiózł
Gosie i...świeże bułeczki:) Powiedziałam Gosi żeby wrzuciła torby do pokoju i
cos zjadła. Była tak zmęczona, że poprosiła tylko o kawę. Rozi juz była na
nogach, pani Danke jeszcze spała. Siedzieliśmy w salonie i
rozmawialiśmy...Uuuuu...Gosia miała takie same kłopoty ze zrozumieniem, co ja
na początku. Bardzo jej współczułam, bo wiem, jakie to uczucie. Rozi z panem R.
rozmawiali a ja? JA byłam za tłumacza!! Dacie wiarę ludkowie mili?! Tak
nawiasem mówiąc (o ile nawiasy mówią) to mój Anioł na bezrobocie chyba pójdzie
albo sie Bedzie musiał przekwalifikować:)
- Asia - westchnęła
Gosia - jak ty dobrze mówisz po niemiecku.
Matulu:)...hihiii...Jeśli
rozumienie, co drugiego słowa a reszta na czuja nazywa sie "dobrym
niemieckim" to...góra nasi! :)
Nagle Gosia oderwała
sie od stołu i pobiegła do swoich walizek z głośnym westchnieniem:
-O Boże!
Spojrzeliśmy po
sobie, pan R., Rozi i ja. Co sie stało? Czegoś zapomniała? Nie zdążyliśmy sie
wzajemnie spytać, kiedy Gosia weszła do pokoju....Z...blachą. No...Tortownica z
ciastem!
- Upiekłam w domu -
powiedziała
Nie powiem...Ciasto
było dobre...Serniczek...Nieco poturbowany przez podróż, ale smaczny, ale...No
nie wiem...Jechać szmat drogi z blaszką ciasta? Chyba to taki zwyczaj opiekunek
(Gosia juz dwa lata jeździ)...Musze zapytać, bo ja nowicjuszka w tej materii.
Dzwonek do
drzwi...Stefan jak zwykle ze śpiewem zbiega do pani Danke. Po drodze jak zwykle
wola do mnie:
- Hallo Johana! Pięknie
wyglądasz!
No pewno, że pięknie...Jadę
do domu...Cały miesiąc bez Durchfalla...To luksus!
W czasie, kiedy pani
Danke była w łazience ja "oprowadzałam" Gosię po kuchni i innych
apartamentach. Rozi juz wczoraj zapowiedziała ze po obiedzie mamy pójść sobie
"na spacer" i mam pokazać Gosi gdzie SA sklepy. Jak sobie wszystko
obejrzymy to mam zadzwonić i Rozi po nas przyjedzie samochodem? Obiad to tylko
kwestia podgrzania. Wszystko przygotowałam wczoraj.
Pani Danke
"wyjechała" z łazienki z uśmiechem nr 544. W pokoju juz czekało na
nią śniadanie. Podczas gdy Stefan mierzył ciśnienie i zapisywał wszystko w
arkuszach ja przedstawiłam Gosie. Pani, Danke z zainteresowaniem jej sie przyglądała
się i rozmawiała. Ja w tym czasie rozmawiałam ze Stefanem. Życzył mi dobrej
podróży i udanego pobytu w domu. Powiedział, że Bedzie tęsknił za rogalikami i
"Malinowym Marzeniem"...
- Dziękuję Stefan -
powiedziałam - Ale ja myślałam, że będziesz tęsknił za mną.
Stefan rzucił sie na
kolana i zaczął przepraszać tak żarliwie ze pani Danke przerwała
"wypytywanie" Gosi i zdumiona zapytała:
-Stefan, a co ty robisz
na podłodze?
Tak w ogóle to Gosia
"kazała" sie nazywać Margerita (?) Bo niby Niemcom łatwiej.
Hihiii...Margerita to mi sie, z czym innym kojarzy..Np. z wisienką może być:),
ale co tam. Spytałam Gosi czy Margaret nie byłoby lepiej i bardziej po niemiecku,
ale ona powiedziała że zawsze tak na nią wolaja.Mnie tam pietruszka...
Pani Danke dalej
wypytuje Gosie-Margerite a ja krzątam sie w kuchni. Nagle slysze jak Gosia mnie
wola. Wchodze do pokoju.
- Asia, ONA cos pyta
a ja nie rozumiem.
Nie podoba mi sie ta
"ona" ale prosze pania Danke o powtórzenie pytania.
- Pani T. pyta ile
masz lat - odpowiadam i wracam do kuchni.
Za chwile znów
wolanie. Ide znow do pokoju
- Asia, ja znowu nie
rozumiem ONA sepleni i to dlatego.
Pani Danke sepleni?!
Ludkowie mili! Znowu tłumacze. Tym razem czy ma dzieci i ile. Nieee...jak tak
dalej pójdzie to bede musiała tu siedziec cały czas a roboty mam troche przed
wyjazdem. Co robic?
Zdecydowanym głosem
powiedziałam pani Danke że Gosia- Margerita jest baaardzo zmęczona i teraz
idzie spac. Pani Danke pokiwała współczujaco głowa i poslusznie zaległa w swoim
magicznym fotelu a ja ewkułowałam Gosie do pokoju na górze, gdzie mogłysmy
spokojnie pogadac. Własnie przyjechala Rozi z większymi zakupami i miala oko na
swoja mame w tym czasie. Przekazałam co najwazniejsze, reszte wypisałam
wczesniej na kartce. Nigdy tego nie robiłam bo to pierwsza moja sztela,
pierwsza zmiana , ale Rozi mi pomogła bo przywiozła kartke z wypisanymi
najwazniejszymi sprawami po niemiecku oczywiście a ja przetłumaczyłam na
polski.
Dzis piątek wiec
bedzie Hos :) Mysle że troche za duzo jak na jeden raz dla pani Danke.
Po obiedzie poszlyśmy
z Gosia na zakupy. Tym razem to ona bedzie kupowała. Ło Matko! Zjechałysmy na
dół trzymając sie jedna drugiej. Gosia zachwycona okolica i ze smiechem
zbiegala na dół ...No - myslę sobie- śmiej sie póki możesz. Popłaczesz jak sie
bedziesz wdrapywac na czubek góry.
W sklepie Gosia
kupowała a ja jej towarzyszyłam. Mowilam gdzie co jest...oczywiście po polsku.
Nagle Gosia mówi:
- Ty nie mów tak
głosno po polsku bo oni tego nie lubia i sa dla Polaków niemili.
Ło Matko! Ja tu
cztery miesiące robie zakupy. A ze to mala miescina to wszyscy wiedza zem Polka
i nijakiej przykrosci nie miałam...wrecz przeciwnie...cała mase życzliwości.
Ale ...jeśli Gosia sie boi przyznawac do swego pochodzenia to jej problem
...nie mój.
Po zakupach
zadzwonilam do Rozi. Po pieciu minutach podjechała po nas i powiedziała ze jest
Hos i Rozi zaprasza nas na kawe. Pojechałysmy do kawiarni .
Rozmawiamy...oczywiście po niemiecku. Gosia nagle do mnie:
- Mów do mnie po
polsku.
- Nie wypada - mówie-
Rozi siedzi z nami i nie rozumie po polsku. Bedziemy same to pogadamy.
Byla chyba zła na
mnie...może pomyslała że zadzieram nosa...ale to Rozi nas zaprosiła i wiem że
dobrze powiedziałam.
Po powrocie do domu
ster przejeła Gosia a ja konczyłam pakowanie. Rozi przyszła do mojego pokoju i
spytała czy przyjade znowu. Przyjade - odpowiedziałam.
- Dziękuje -
powiedziaal Rozi - Mama bardzo cie polubiła. Wie ze musisz jechac do domu i
rodziny ale żyje pewnością że wrócisz.
Znów zadźwięczał
dysonans....nie potrafie tego nazwac....wiem co to jest ale nie umiem ubrac
tego w słowa. Zmęczona jestem...to pewne...
Gosia pokazala mi
swoje papiery. Ludkowie! Opis pani Danke jak w moim opisie sprzed 4 miesięcy!
Wiec to co mówilam firmie poszło w niebyt, w kosmos! Pani Danke nadal ma 81 lat
i ani słowa o operacji. No kurcze...do kogo ja to mówiłam!? Po co to mówiłam?!
Cos mi sie widzi że firmie jest ganc i pomada...zatrzymani w czasie...ale są przy
kasie.
Zaniepokoilo mnie
bardzo ze Gosia ma byc ...wg jej umowy tu 2 miesiące. A ja mówilam że jade na
miesiąc i wracam. No pieknie. 2 miesiące w domu to dla mnie"żegnajcie
ludkowie" Nowe doły których nie będzie czym zasypac.
Przyjechał pan R.
Powiedziałam mu swe obawy. On z usmiechem mówi:
- Ty sie Johana nie
martw. Ja wszytsko załatwię ze wrócisz tu za miesiąc. Napisz do mnie maila
którego chcesz wracac.
Udałam że wierze w
jego zapewnienia ale nadal jestem niespokojna. Poza tym...tak załatwiac sprawy
poza firmą? No ...pomysle juz w domu. Teraz w drogę.
Pożegnanie było
płaczliwe...pani Danke machała mi biala chusteczka (higieniczną) na pożegnanie.
Rozi mi mówiła że ona zawsze tak żegnala wszystkich...machala chusteczka z
progu domu :)
Gosia ...jak mnie
żegnano...tylko powiedziała;
- Boże, Asia, jak oni
cie tu kochają.
Marwię sie o
nią...ale sądze że sobie poradzi bo przeciez to nie jej pierwszy raz.
W samochodzie pan R.
wyciagnął paczuszke.
- To prezent dla
ciebie ode mnie i mojej żony (żona pana R. jest Polka) W ozdobnej torebce były
pralinki i 20 euro :)
- Tu mas zadres
mailowy do mnie - powiedział pan R. - koniecznie do mnie napisz jak bedziesz w
Polsce.
Autobus podjechał i
kiedy podawałam bilet powiedziałam "Bitte"Zupełnie automatycznie. Pan
pilot spojrzał na mnie z góry ( stał na schodkach autobusu ) i rzekl
- Prosze pani to jest
polski autobus i mówi sie tu po polsku.
Ożesz ty! Jak sie zexliłam! Ty zakrakrawatkowany
dygusie!
- Prosze pana,- mówie
- Jestesmy w Kassel a tu sie mówi po niemiecku. A jak bede miała ochote to w
polskim autobusie po chinsku bede mówic i wtedy bedzie to pana problem nie mój.
Chciałam jeszcze mu
dogadać ale nagle po mnie spłynęło. Spojrzałam z żałoscia na niego i weszlam do
autobusu. Pan R. jeszcze raz nakazał kontakt i sobie pomachaliśmy...łapkami :)
Podróz była
mecząca...nogi pod broda...posladki bolace...durne filmy na Video....koszmar.
Jakies towarzystwo z kazdym pstojem na stacji benzynowej robiło sie coraz
bardziej hałaśliwe....
Na dworcu czekał
Żabek....po 20 min byłam w domu....
Koniec pierwszego
etapu....za miesiąc drugi....jak długo mam jeszcze prowadzic taki tryb życia?
Ja juz teraz ani w Niemczech swoja ani w Polsce tutejsza....Cudzoziemka....albo
„Przebrana za Niemke”....