Z rana zadzwonila
moja siostra z pytaniem czy podalam sliwki. Nie - odpowiadam bo dopiero dzis
przyjeżdza Hos i ide po zakupy.
- Siostra, nie
podawaj sliwek to na rozluźnienie. Miałam na myśli jagody...czarne jagody.
No w końcu listopada
nie dostane nawet zielonych...więc stanęło na jabłkach. Ten "pulwer"
tez jest jabłkowy. Z "Durchfallem" (nowe słowo którego sie nauczyłam)
jest jak było. I tak siedząc wieczorem w swoim pokoju mysle że jesli czegoś nie
można ominąc, pokonać...to trzeba negocjować. No i zawarłam ugodę że dwa razy
dziennie "Durchfall" ma prawo bytu ale nie więcej. Jesli ktos złamie
te zasady będzie musiał odejść. Pewno...umowa została tak sprytnie sformułowana
że za kazdym razem musiałabym odejsc ja a nie Durchfall. Co do łamania zasad to
tez ja będe winna...jesli np nie zauwaze pierwszych oznak zblizającej sie
katastrofy.
Ale nie stoje na
przegranej pozycji...coraz to wymyślam nowe metody zatrzymania następnego
ataku.
Po 15tej słysze
skrobanie do drzwi. Po chwili drzwi sie otwierają i wkracza mężczyzna
wieeelkich rozmiarów...syn pani Emi Hos. Matko! Prawdziwy Hos...rózni go tylko
nakrycie głowy. Hos miał taki wielki kowbojski kapelusz a ten Hos ma śmieszna
czapeczkę z daszkiem, która pasuje jak kwiatek do korzucha Wita sie ze mną a
potem ze swoją mamą...Przypatruję sie i...pierwszy raz widze zeby syn tak sie
witał z matka. Sztywny, wyprostowany podał reke, powiedział Hallo! i potrząsnał
kruchą ręka pani Emi. Przy tym powitaniu pani Emi podskoczyla pare razy na
fotelu bo Hos potrząsał z siła adekfatną do swoich rozmiarów. Hmmm...ja tylko
patrząc bałam sie że jak bedzie dłużej tak trzepal pania Eni to Durchfall
obudzi.
Hos wreszcie
zakonczyl przywitanie, zwróciła sie w moją stronę, wyciągnał reke zginając w
łokciu, puknął palcem w tarcze zegarka i powiedzial że mam 2 godziny czasu na
zakupy.
Jawol! odpowiedziałm
w duchu i wymaszerowałam z pokoju. Za drzwiami chciało mi sie wykrzyczec cała
radość z powodu 2 godzin dla siebie. Wyszlam na główną drogę
i...siiiuuuu...zjechałam na sam dół. Szkoda że nie ma śniegu i sanek. Ale
byłaby jazda! W Edece zakupy poszły mi
łatwiej niz sadziłam...no były dwie wpadki ale jak na pierwszy raz to uważam że
było bardzo dobrze. Jakie wpadki? Otóz chciałam kupic drożdże. Wczesniej w
slowniku znalazlam ten wyraz "Hefe" ale nie mogłam znaleźc. Podeszłam
do pani i pytam gdzie sa te Hefe. A ona pokazuje mi regał...z płatkami
owsianymi. No nie - myślę- kobieta nie zna sie czy co? Znowu robie runde po
sklepie i nie znajdując Hefe pytam inną pania. A ona, jak ta pierwsza kieruje
mnie do tego samego regału z płatkami. Ludzie!!! Mówie ze ja chce ciasto upiec.
A pani:"ja, ja." I palcem pokazuje płatki. No żesz...myślę...
pogański narodzie...zaraz wam pokaze. Ide do chlodziarki i przynoszę "pampuchy"
drożdżowe takie do ugotowania na parze i pokazuję pani. "Takie ciasto chce
upiec.- mówie.
-Aaaa... - pani sie
szeroko uśmiecha i przynosi to co chciałam.
Żle mi czy tej pani?
Wieczorem powiedzialam Johanowi o tej scenie i on...pokładał sie ze śmiechu. Bo
ja źle ten wyraz powiedziałam. Drobna , jak dla mnie, różnica ale dla pan to
byla juz wieeelka jak Hos. Hefe to drożdże a ja mówilam (fonetycznie bedzie)
Hafe (Hafer)...i to wystarczyło żeby panie z uporem maniaka (tak mówila zawsze
do mnie chemica w liceum) kierowały mnie do regału z płatkami.
Druga wpadka przy
kasie była. Mam ja placic a pani do mnie 82 euro i cos. Zrobiłam wielkie oczy.
Patrze na koszyk i na panią. Jakie 82 euro? -pytam - Za te parę sztuk?
Teraz pani kasjerka
robi wieelkie oczy...i tak wymieniamy sie tymi oczami jakąś chwilę. Jeszcze raz
pani powtarza kwote do zapłaty a ja dalej nie wierze. W koncu zdenerwowana
odwraca w moją strone wyświetlacz a tam stoi 28 euro i cos. No
tak...zapomniałam że Niemcy od tyłu licza...I tylko oni jedni w Europie Zjednoczonej.
Nie mogą norrrmalnie? Ok, płace i wychodzę.
W opisie mojego miejsca pracy firma
napisala że do sklepu jest 20 min ...jest ale jak sie schodzi, zjeżdza
ześlizguje w dół. I to z pustą torbą.Jak sie człowiek postara to może i w 10
min zbiec...o skutkach ubocznych tego ślizgu nie wspomnę. Ale wraca sie pół
godziny...wczołguje sie, prawie na czworakach z pełnym wózkiem. Jak na moją
posture to miałam nadwagę. Po raz pierwszy w życiu. Ledwo się doczłapałam, z
językiem na wierzchu dotarłam do domu....a w domu? Bonanza! Hos siedzi przy
stole i czyta gazete nie zważając na charakterystyczny zapach. Durchfall
przywitał mnie ze złośliwym śmiechem: "A było tak długo te Hefe
kupowac?"
Najpierw wziął mnie
nerw, ale...usmiech pani Emi...radość ze wrócilam...tego nerwa przegnał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz