Teraz, gdy poznałam
Olę, dni biegna wprawdzie tym samym rytmem, przeplatane częstymi wizytami
Durchwalla. Ale… Uodpornilam się już . To niesamowite jak człowiek jest w
stanie przywyknąc do ekstremalnych warunków. Naprawde mnie nie rusza. Durchwall
tez jakby zrozumiał, ze nie wytraci już mnie z równowagi i daje wyraźne
sygnały, dzieki którym obywa się bez przykrych niespodzianek. Inna sprawa że
zaczęłam panią Danke „wysadzać” na kibelek co trzy godziny. Ten „rytmus” mocno
Durchwalla trzyma w ryzach. Efekt jest taki,że wprawdzie jest ale trafia tam
gdzie trzeba i pieluchomajtki są czyste.
Uwielbiam wieczory bo
wtedy zwykle odwiedza mnie Ola i gadamy sobie bez konca siedząc na werandzie
albo w ogrodzie. Powiedziałam Rozi, że mam koleżankę i że mnie odwiedza. Wole
ją uprzedzić niżby sąsiedzi donieśli że obce osoby wpuszczam do domu. Niestety
ja nie mogę odwiedzac Oli, chociaż mieszka dosłownie za płotem.
Dziś wlasnie
umówiłyśmy się z Ola na wieczór. Dzien zapowiadał się spokojnie, pomijając dwie
godziny na zakupy, które musze wykonac jak zwykle w sprinterskim tempie. No
cóż. Te zakupy to niezła gimnastyka i chyba nie powinnam narzekac, zważywszy że
siedze całymi dniami w domu…albo „lauferuje” niczym pani Danke po ogrodzie. Nie
mówie tylko za każdym krokiem „links, links, raz dwa trzy..”
Przed obiadem
zadzwoniła nachbarina pani Danke i się zapowiedziała…na dziś. Ludkowie mili!
Już nie mogla lepszej pory sobie znaleźć?!
Pani Danke
rozgorączkowana, jak zwykle odmówiła spania po obiedzie i…uwaga…naprawde nie
spała. Usiadła w swoim magicznym fotelu i…Zaczęło się tango milonga.
- Johanaaa! Otwórz
brame! (nachbarina jest zmotoryzowana)
- Johanaaa! Wyjrzyj
czy nie idzie!
-Johanaaa! Czy drzwi
są otwarte?
-Johanaaa! Zamknij
lepiej drzwi bo ktoś wejdzie!
- Johanaaa! Chce do
toalety!
- Johaanaaa! Podaj mi
lusterko!
- Johanaaa! Daj mi
Imodium! (zielone kapsułki, chociaż Durchwall był sbie już „dzień dobry” dzis
powiedział)
Może i by nie było to
takie uciążliwe, aczkolwiek nieco denerwujące, gdyby nie fakt, że byłyśmy na
dole a drzwi wejściowe na górze. Biegałam więc po schodach tam i nazat jak kot
z pęcherzem. Pani Danke w tym wszystkim natomiast zapomniała o wizycie syna.
Dzwonek do drzwi.
Pani Danke wlączyła motorek magicznego fotela i….ziiiuuut. Podjechała do
pozycji siedzącej wołając:
- Johanaaa! Otwóż
drzwi!
Biegnę po raz setny
na górę, otwieram drzwi a tu? Listonosz sobie stoi z szerokim uśmiechem na
twarzy, szczęsliwy że aż mnie skręciło z zazdrości. Resztką siły i chęci
odwzajemniłam uśmiech i zbiegłam na dół.Tylko weszłam do pokoju a znowu dzwonek
do drzwi.
- Johanaaa! –
zawołała pani Danke i tylko palcem wskazującym pokazala mi schody.
Jasne – myslę- teraz
będziemy się komunikować na migi. Panią Danke boli gardło od tych wołąń a mnie
nogi.
Nim dotarłam na góre
drzwi się otworzyły i wszedł Hos. Zbiegłam więc na dół mając nadzieje że chwycę
torbe i znikne nim pojawi się nachbarina. Hos tym razem będzie musiał się
wszystkim zająć. Ubierając kurtke powiedziałam że przyjdzie pani X i już byłam
w drzwiach, kiedy dzwonek znów zaryczał.
Ja to mam pecha, no!
Nachbarina!
Jak pani Danke
usłyszała to już nie mialam życia. Kawa, choc zrobiona, musiała być przeze mnie
podana. Zdjęłam kurtke i pędzę na dół.
Nagle…W głowie słysze
chrupot. Trzask! W oczach ciemność. I ból.Zrobiło mi się słabo. Chwytając się
poręczy osunęłam się na ostani stopien schodów, którego w tej bieganinie nie
zauważyłam, i usiadlam. Jak przez mgłę słyszę woalnia pani Danke. Nie mama siły
odpowiedzieć. Na korytarz wyszedł Hos zaniepokojony moim milczeniem. A ja
siedze na schodach i trzymam się za kolano. Probuje wstać. Nie da rady. Klapie
chudym tyłeczkiem na stopień.
„chyba złamana, mój
Boże” – mysle.
Poruszam palcami
nogi…no ruszam czyli nie złamana. Wiec co jest? Ból powoli ustępuje. No dobra –
mówie do siebie- koniec tego teatru. Ide po zakupy.
Stanęłam na nogi. Hos
głośno odetchnął ale zaraz jęknął ze zmartwienia. Kiedy wstałam i próbowałam
zrobic krok, ból mało mnie nie zwalił z nóg. Znowu trzymając się poręczy
osunęłam się na stopien.
Jestem upadła Żaba –
myślę – i tak chyba tu zostanę…poczekam na Stefana albo Johana (nie wiem który
przyjdzie) a pani Danke ma Hosa i nachbarine to jakoś będzie. A jutro
zobaczymy.
Niemniej Hos trwał
przy mnie jak osobisty ochroniarz i powiedział że trzeba zawiadomic Rozi.
„Fajnie – mysle –
przeciez oni ze sobą rozmawiają korespondencyjnie. Już chciałam mu poradzic
żeby pocztą lotniczą wiadomośc wysłal, kiedy zobaczyłam że Hos chwyta za
słuchawkę telefonu.
Normalny szok. Mimo
bólu byłam bardzo ciekawa tej pierwszej, rejestrowanej przeze mnie rozmowy.
Pomimo bólu śmiac mi się chciało…i chyba trochę z nerwów.
Hos faktycznie
ZAWIADOMIŁ Rozi:
- Johana złamała
noge. Co robić?
Ja? Złamałam? Jeszcze
bardziej słabo mi się zrobilo. Ja chcę do domu! Ja chce ale wiem że nie mogę do
domu! To jakiś koszmarny sen. Zaraz się obudzę i będzie dobrze. Ale się nie
obudziłąm. Tkwię w tym śnie w dodatku coraz bardziej kolano boli. Co robic?.
Pierwsza myśl to Ola.
Dzwonie do pani K Szczęściem odbiera Ola.
- Olu , skreciłam
nogę. Hos mówi ze złamana. Palcami ruszam, ale spuchła i puchnie nadal. Boję
się.
Ola powiedziała że
natychmiast przyjdzie. Faktycznie. Po niecałych 2-3 min zdyszana wpadła do domu
(drzwi werandy były otwarte). Obejrzała noge i stwierdziła że chyba zwichnięcie
ale trzeba do lekarza.
Fajnie – myslę- z
górki to na wózek od zakupów wsiądę i jakoś zjadę. Ale 12 km do Kassel to na
tym rozbiegu nie dociągnę!
Kiedy tak
medytowałyśmy czy może pogotowie wezwać, przed dom z piskiem opon zajechał
samochód. Ola wyszła zobaczyc a tu pan R. Mój osobisty, niemiecki koordynator
zajechał. Rozi po dramatycznej informacji Hosa, natychmiast zadzwoniła do pana
R.
Komiczna sytuacja. Ja
leże na łóżku, pani Danke w swoim magicznym fotelu, Hos (szczęśliwy że tyle
ludzi do pomocy dłubie grabkami w ogródku) a nachbarina w niezbyt komfortowej
sytuacji, bo nie wie co ma robic. Uciekać czy zostać i pomóc.
A Ola i pan R. Nade
mną debatują co robić…ze mną. Pan R. w koncu mówi:
- Johana. Albo
jedziesz do domu, albo do szpitala.
Fajnie! Ja do domu! Z
nogą bezfunkcyjną! Niespakowana bo nie mam siły się spakować!
- Do szpitala! –
wołam- Nim pojade do domu muszę wiedzieć co sobie uszkodzilam!
Pan R. pakuje mnie do
samochodu i jedziemy na ostry dyżur.
Przed szpitalem każe
mi siedzieć a sam wbiega do szpitala. Za chwile wylatują pielęgniarze z wózkiem
inwalidzkim. Normalnie czuję się jak prezydentowa. Zostaję wwieziona do środka.
Tam już wszystko wiedzą bo pan R. opowiedział Wjeżdżam do gabinetu lekarza. On
mnie wypytuje co się stało. Ja opowiadam, jak potrafię, troche na migi co się
wydarzyło. Lekarz kieruje mnie na RG. A tam baaardzo niesympatyczna pani prawie
wrzeszcząć na mnie kazała się położyć na łóżku, potem usiąść a potem….Matko!
Tak mi zgięła nogę w kolanie że gwiazdy zobaczyłam. Jak nie ryknę z bólu, jak nie
zawyję. Nagle…Drzwi się otwierają i wpada lekarz.
- Co się dzieje?! –
krzyczy
- Pacjentka nie
rozumie – mówi pigulara jedna
A ja w tej samej
pozycji co mnie „pigulara” zgięła płaczę i nie mam siły zrobić żadnego ruchu.
Lekarza wściekły
kazał „pigule” się wynosić. Sam zrobil zdjęcia. Był bardzo delikatny ale mnie
już było wszystko jedno. Ból był tak ogromny,że zawładnął nie tylko moim ciałem
ale i duszą. Lekarza słyszałam jak przez ścianę…widziałam jak przez mgłę.
Potem 15 min czekania
na zdjęcia. Lekarz wychodzi z gabinetu i prosi mnie do środka.
- Niech się pani nie
martwi, to tylko skręcenie kolana.
Oddycham z ulgą ale
boli strasznie.
- Czy mam zostać w
szpitalu? – pytam
Nie wiem jak
wyglądałam ale lekarz spojrzał na mnie współczującym wzrokiem i spytał:
- A chiałaby pani?
Pewno że bym
chciała…poleżeć sobie, odpocząć…Spuściąłm głowe i odpowiedziałam:
- Nie.
Ja nie wiem co lekarz
wiedział. Nie mówiłam mu że pracuję jako opiekunka. Może się domyślił. Dał mi
trzy tabletki Venonutonu (tylko na recepte bo bardzo silna dawka) zabandażował
kolano dając okład z jakieś maści i powiedział żebym przez dwa tygodnie
oszczędzała lewą nogę. Dał dwie kule.
Pięknie – myślę. Jak
ja chodząc o dwoch kulach będę się opiekować panią Danke!
W drodze powrotnej
pan R. cały czas mowił jakie mam szczęście że pracuję w firmie a nie „na
czarno” , że taka super opieka itd.
Zgadzam się z nim ale
….
Po powrocie Hos
przywitał mnie tak wylewnie że mnie zatkalo. Prawie ze łzami w oczach cieszył
się że wrociłam cała. I na ten tychmiast wylecial z domu jakby się paliło. I
tak jestem mu wdzięczna, bo został ze swoją mamą do mojego powrotu. Nachbarina
była się ewakuowała wcześniej. Ola zadzwoniła dopytując o moje zdrowie i czy
może pomoc. Przeciez ona też pracuje. Powiedziałam że daję na razie radę.
Teraz jest 2ga w
nocy. Ból kolana doprowadza mnie do szału. Chyba wezmę tę tabletkę. Pani Danke
śpi spokojnie. Stefan był mocno zaniepokojony ale powiedział że w razie gdybym
czuła się źle to mam zadzwonić. Przyjedzie „priwat” tak z serca, jak
powiedział. Kochany Stefan. Wieczorem zadzwonił Johan.
- Stefan mi
powiedział o twoim wypadku – mówi – Kiedy będziesz potrzebowała pomocy możesz
na mnie liczyć. O każdej porze.
Boże! Po raz kolejny
dziękuję. Za Twoją pomoc. Za tych ludzi, których stawiasz na mojej drodze.
A ta pani z
rentgena…może miała zły dzień…może problemy…nie jestem na nią zła. I Ty chyba
też, prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz