Translate

niedziela, 24 sierpnia 2014

Upadła Żaba

Teraz, gdy poznałam Olę, dni biegna wprawdzie tym samym rytmem, przeplatane częstymi wizytami Durchwalla. Ale… Uodpornilam się już . To niesamowite jak człowiek jest w stanie przywyknąc do ekstremalnych warunków. Naprawde mnie nie rusza. Durchwall tez jakby zrozumiał, ze nie wytraci już mnie z równowagi i daje wyraźne sygnały, dzieki którym obywa się bez przykrych niespodzianek. Inna sprawa że zaczęłam panią Danke „wysadzać” na kibelek co trzy godziny. Ten „rytmus” mocno Durchwalla trzyma w ryzach. Efekt jest taki,że wprawdzie jest ale trafia tam gdzie trzeba i pieluchomajtki są czyste.
Uwielbiam wieczory bo wtedy zwykle odwiedza mnie Ola i gadamy sobie bez konca siedząc na werandzie albo w ogrodzie. Powiedziałam Rozi, że mam koleżankę i że mnie odwiedza. Wole ją uprzedzić niżby sąsiedzi donieśli że obce osoby wpuszczam do domu. Niestety ja nie mogę odwiedzac Oli, chociaż mieszka dosłownie za płotem.
Dziś wlasnie umówiłyśmy się z Ola na wieczór. Dzien zapowiadał się spokojnie, pomijając dwie godziny na zakupy, które musze wykonac jak zwykle w sprinterskim tempie. No cóż. Te zakupy to niezła gimnastyka i chyba nie powinnam narzekac, zważywszy że siedze całymi dniami w domu…albo „lauferuje” niczym pani Danke po ogrodzie. Nie mówie tylko za każdym krokiem „links, links, raz dwa trzy..”
Przed obiadem zadzwoniła nachbarina pani Danke i się zapowiedziała…na dziś. Ludkowie mili! Już nie mogla lepszej pory sobie znaleźć?!
Pani Danke rozgorączkowana, jak zwykle odmówiła spania po obiedzie i…uwaga…naprawde nie spała. Usiadła w swoim magicznym fotelu i…Zaczęło się tango milonga.
- Johanaaa! Otwórz brame! (nachbarina jest zmotoryzowana)
- Johanaaa! Wyjrzyj czy nie idzie!
-Johanaaa! Czy drzwi są otwarte?
-Johanaaa! Zamknij lepiej drzwi bo ktoś wejdzie!
- Johanaaa! Chce do toalety!
- Johaanaaa! Podaj mi lusterko!
- Johanaaa! Daj mi Imodium! (zielone kapsułki, chociaż Durchwall był sbie już „dzień dobry” dzis powiedział)
Może i by nie było to takie uciążliwe, aczkolwiek nieco denerwujące, gdyby nie fakt, że byłyśmy na dole a drzwi wejściowe na górze. Biegałam więc po schodach tam i nazat jak kot z pęcherzem. Pani Danke w tym wszystkim natomiast zapomniała o wizycie syna.
Dzwonek do drzwi. Pani Danke wlączyła motorek magicznego fotela i….ziiiuuut. Podjechała do pozycji siedzącej wołając:
- Johanaaa! Otwóż drzwi!
Biegnę po raz setny na górę, otwieram drzwi a tu? Listonosz sobie stoi z szerokim uśmiechem na twarzy, szczęsliwy że aż mnie skręciło z zazdrości. Resztką siły i chęci odwzajemniłam uśmiech i zbiegłam na dół.Tylko weszłam do pokoju a znowu dzwonek do drzwi.
- Johanaaa! – zawołała pani Danke i tylko palcem wskazującym pokazala mi schody.
Jasne – myslę- teraz będziemy się komunikować na migi. Panią Danke boli gardło od tych wołąń a mnie nogi.
Nim dotarłam na góre drzwi się otworzyły i wszedł Hos. Zbiegłam więc na dół mając nadzieje że chwycę torbe i znikne nim pojawi się nachbarina. Hos tym razem będzie musiał się wszystkim zająć. Ubierając kurtke powiedziałam że przyjdzie pani X i już byłam w drzwiach, kiedy dzwonek znów zaryczał.
Ja to mam pecha, no! Nachbarina!
Jak pani Danke usłyszała to już nie mialam życia. Kawa, choc zrobiona, musiała być przeze mnie podana. Zdjęłam kurtke i pędzę na dół.
Nagle…W głowie słysze chrupot. Trzask! W oczach ciemność. I ból.Zrobiło mi się słabo. Chwytając się poręczy osunęłam się na ostani stopien schodów, którego w tej bieganinie nie zauważyłam, i usiadlam. Jak przez mgłę słyszę woalnia pani Danke. Nie mama siły odpowiedzieć. Na korytarz wyszedł Hos zaniepokojony moim milczeniem. A ja siedze na schodach i trzymam się za kolano. Probuje wstać. Nie da rady. Klapie chudym tyłeczkiem na stopień.
„chyba złamana, mój Boże” – mysle.
Poruszam palcami nogi…no ruszam czyli nie złamana. Wiec co jest? Ból powoli ustępuje. No dobra – mówie do siebie- koniec tego teatru. Ide po zakupy.
Stanęłam na nogi. Hos głośno odetchnął ale zaraz jęknął ze zmartwienia. Kiedy wstałam i próbowałam zrobic krok, ból mało mnie nie zwalił z nóg. Znowu trzymając się poręczy osunęłam się na stopien.
Jestem upadła Żaba – myślę – i tak chyba tu zostanę…poczekam na Stefana albo Johana (nie wiem który przyjdzie) a pani Danke ma Hosa i nachbarine to jakoś będzie. A jutro zobaczymy.
Niemniej Hos trwał przy mnie jak osobisty ochroniarz i powiedział że trzeba zawiadomic Rozi.
„Fajnie – mysle – przeciez oni ze sobą rozmawiają korespondencyjnie. Już chciałam mu poradzic żeby pocztą lotniczą wiadomośc wysłal, kiedy zobaczyłam że Hos chwyta za słuchawkę telefonu.
Normalny szok. Mimo bólu byłam bardzo ciekawa tej pierwszej, rejestrowanej przeze mnie rozmowy. Pomimo bólu śmiac mi się chciało…i chyba trochę z nerwów.
Hos faktycznie ZAWIADOMIŁ Rozi:
- Johana złamała noge. Co robić?
Ja? Złamałam? Jeszcze bardziej słabo mi się zrobilo. Ja chcę do domu! Ja chce ale wiem że nie mogę do domu! To jakiś koszmarny sen. Zaraz się obudzę i będzie dobrze. Ale się nie obudziłąm. Tkwię w tym śnie w dodatku coraz bardziej kolano boli. Co robic?.



Pierwsza myśl to Ola. Dzwonie do pani K Szczęściem odbiera Ola.
- Olu , skreciłam nogę. Hos mówi ze złamana. Palcami ruszam, ale spuchła i puchnie nadal. Boję się.
Ola powiedziała że natychmiast przyjdzie. Faktycznie. Po niecałych 2-3 min zdyszana wpadła do domu (drzwi werandy były otwarte). Obejrzała noge i stwierdziła że chyba zwichnięcie ale trzeba do lekarza.
Fajnie – myslę- z górki to na wózek od zakupów wsiądę i jakoś zjadę. Ale 12 km do Kassel to na tym rozbiegu nie dociągnę!
Kiedy tak medytowałyśmy czy może pogotowie wezwać, przed dom z piskiem opon zajechał samochód. Ola wyszła zobaczyc a tu pan R. Mój osobisty, niemiecki koordynator zajechał. Rozi po dramatycznej informacji Hosa, natychmiast zadzwoniła do pana R.
Komiczna sytuacja. Ja leże na łóżku, pani Danke w swoim magicznym fotelu, Hos (szczęśliwy że tyle ludzi do pomocy dłubie grabkami w ogródku) a nachbarina w niezbyt komfortowej sytuacji, bo nie wie co ma robic. Uciekać czy zostać i pomóc.
A Ola i pan R. Nade mną debatują co robić…ze mną. Pan R. w koncu mówi:
- Johana. Albo jedziesz do domu, albo do szpitala.
Fajnie! Ja do domu! Z nogą bezfunkcyjną! Niespakowana bo nie mam siły się spakować!
- Do szpitala! – wołam- Nim pojade do domu muszę wiedzieć co sobie uszkodzilam!
Pan R. pakuje mnie do samochodu i jedziemy na ostry dyżur.
Przed szpitalem każe mi siedzieć a sam wbiega do szpitala. Za chwile wylatują pielęgniarze z wózkiem inwalidzkim. Normalnie czuję się jak prezydentowa. Zostaję wwieziona do środka. Tam już wszystko wiedzą bo pan R. opowiedział Wjeżdżam do gabinetu lekarza. On mnie wypytuje co się stało. Ja opowiadam, jak potrafię, troche na migi co się wydarzyło. Lekarz kieruje mnie na RG. A tam baaardzo niesympatyczna pani prawie wrzeszcząć na mnie kazała się położyć na łóżku, potem usiąść a potem….Matko! Tak mi zgięła nogę w kolanie że gwiazdy zobaczyłam. Jak nie ryknę z bólu, jak nie zawyję. Nagle…Drzwi się otwierają i wpada lekarz.
- Co się dzieje?! – krzyczy
- Pacjentka nie rozumie – mówi pigulara jedna
A ja w tej samej pozycji co mnie „pigulara” zgięła płaczę i nie mam siły zrobić żadnego ruchu.
Lekarza wściekły kazał „pigule” się wynosić. Sam zrobil zdjęcia. Był bardzo delikatny ale mnie już było wszystko jedno. Ból był tak ogromny,że zawładnął nie tylko moim ciałem ale i duszą. Lekarza słyszałam jak przez ścianę…widziałam jak przez mgłę.
Potem 15 min czekania na zdjęcia. Lekarz wychodzi z gabinetu i prosi mnie do środka.
- Niech się pani nie martwi, to tylko skręcenie kolana.
Oddycham z ulgą ale boli strasznie.
- Czy mam zostać w szpitalu? – pytam
Nie wiem jak wyglądałam ale lekarz spojrzał na mnie współczującym wzrokiem i spytał:
- A chiałaby pani?
Pewno że bym chciała…poleżeć sobie, odpocząć…Spuściąłm głowe i odpowiedziałam:
- Nie.
Ja nie wiem co lekarz wiedział. Nie mówiłam mu że pracuję jako opiekunka. Może się domyślił. Dał mi trzy tabletki Venonutonu (tylko na recepte bo bardzo silna dawka) zabandażował kolano dając okład z jakieś maści i powiedział żebym przez dwa tygodnie oszczędzała lewą nogę. Dał dwie kule.
Pięknie – myślę. Jak ja chodząc o dwoch kulach będę się opiekować panią Danke!
W drodze powrotnej pan R. cały czas mowił jakie mam szczęście że pracuję w firmie a nie „na czarno” , że taka super opieka itd.
Zgadzam się z nim ale ….
Po powrocie Hos przywitał mnie tak wylewnie że mnie zatkalo. Prawie ze łzami w oczach cieszył się że wrociłam cała. I na ten tychmiast wylecial z domu jakby się paliło. I tak jestem mu wdzięczna, bo został ze swoją mamą do mojego powrotu. Nachbarina była się ewakuowała wcześniej. Ola zadzwoniła dopytując o moje zdrowie i czy może pomoc. Przeciez ona też pracuje. Powiedziałam że daję na razie radę.
Teraz jest 2ga w nocy. Ból kolana doprowadza mnie do szału. Chyba wezmę tę tabletkę. Pani Danke śpi spokojnie. Stefan był mocno zaniepokojony ale powiedział że w razie gdybym czuła się źle to mam zadzwonić. Przyjedzie „priwat” tak z serca, jak powiedział. Kochany Stefan. Wieczorem zadzwonił Johan.
- Stefan mi powiedział o twoim wypadku – mówi – Kiedy będziesz potrzebowała pomocy możesz na mnie liczyć. O każdej porze.
Boże! Po raz kolejny dziękuję. Za Twoją pomoc. Za tych ludzi, których stawiasz na mojej drodze.
A ta pani z rentgena…może miała zły dzień…może problemy…nie jestem na nią zła. I Ty chyba też, prawda?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz