Translate

sobota, 23 sierpnia 2014

DZIEN DRUGI

Obudziłam sie z bólem głowy. Źle spałam...Pierwsze wrażenie, spawilo że wpadłam w panikę.:Jezu! Nic nie widzę! Otwieram oczy szeroko i widzę ciemność! Ciemność widzę!" Ręka namacałam komórkę...Błękitny blask oświetlił pomieszczenie..."Gdzie ja jestem?" Po chwili przychodzi przytomność...no tak...w obcym domu...mieście...kraju...Ale czemu tak ciemno? Zapomniałam, że tu są żaluzje. Juz więcej ich nie zasunę. Poczułam sie jak w klatce. Godzina? Szósta...Po cichu idę do łazienki i myje sie i ubieram. Schodzę do kuchni...Kawa jest mi w tej chwili niezbędna...i fajka. Wychodzę na werandę...Zaciągam sie i przypominam wczorajszą wieczorną rozmowę z Rozi. Właściwie korespondencję:) Rozi odkryła, że lepiej rozumiem jak ona pisze:) Dla mnie to tez było zaskoczenie. No, więc była mowa o papierosach. I jak zaczęła mówić to ja zrozumiałam, że dlatego że pale musze jechać do domu. Stres, zmęczenie spowodowały, że sie rozpłakałam się. Rozi z przerażeniem na mnie popatrzyła i spytała, o co chodzi. A ja tylko, że nie mogę do domu. Ze musze pracować. I tu na ratunek mój słownik przyszedł. Rozi szybko znalazła potrzebne słowa i napisała, że pierwsza jest jej mama. Że jeśli u mnie będzie pierwszy papieros a nie pomoc jej mamie to będziemy sie musiały pożegnać. Po czym przytuliła i powiedziała "Du bist libt." No to zrozumiałam akurat.
Teraz myślę sobie, że Żabek miał rację....źe ma wątpliwości, że sobie poradzę...Niemniej nie mam wyjścia....Najwyżej wrócę w pudełku...
Z kubkiem kawy w ręku weszłam do pokoju obok kuchni. Na ścianach oprawione zdjęcia...Pergola? Katedra na Ostrowie Tumskim? No Wrocław! Acha...myślę sobie...pani Emi (tak ma na imię) jest chyba z tych wygnanych. No to mam przerąbane....Ale nie martwmy sie na zapas...

Po śniadaniu Rozi powiedziała ze jedziemy. No dobrze...Po drodze...tu Edeka, tu Aldi...tu kwiaciarnia...tu kościół. "Pestka myslę sobie. Trzy domy na krzyz żadna filozofia :)
Weszłysmy do kwiaciarni. Rozi zakupiła bukiet kwiatów (ode mnie dla pani Emi) po czym powiedziała że tu będzie koncert jutro i jedzenie za darmo i picie i mam tu przyjsc o 20tej. No fajnie , tylko Rozi dziś jedzie do Hanoweru a ja na trzy dni sama zostaję....Ale pójde...co mam innego do roboty?
Przed szpitalem Rozi podała mi okulary swojej mamy i napisała zdanie które mam powiedziec. Po polsku "Przyniosłam pani okulary". Dobra...idziemy, ja powtarzam to zdanie. Na korytarzu Rozi kazala mi zostać a sama weszla do sali chorych. Oj...czerwone światelko mi sie zapaliło...chyba pani Emi nie ma pojecia że zamieszka z obcą babą....Zaczynam sie bać.Kiedy czekałam na korytarzu, z sąsiedniej sali dobiegały krzyki."Hilfe!" Czekalam na Rozi 15 min i nikt w tym czasie nie udzielil pomocy temu choremu. Mój Boże...jak u nas...niemożliwe.
Rozi powiedziala że mam wejsc. Wchodze...na łożku pod oknem w pozycji półleżacej usmiecha sie drobna, siwiutka staruszka...jest jak słoneczko z mocno pomarszczona twarzą...Ale ja mam gulaję w gardle. Z trudem mówię wyuczone zdanie i podaje okulary. Oczy pani Emi robia sie wieeeelkie...i ze zdziwieniem patrzy na córkę. Rozi sie śmieje i coś mówi...chyba tłumaczy. Nie wiem o co chodzi....Trochę jeszcze porozmawiały i poszłyśmy.
W samochodzie pytam co sie stało....Rozi ze śmiechem że potem pogadamy. Pojechgalyśmy do restauracji na obiad. Wyciągnęłam słownik, kartki i długopis...Co sie stało?
Rozi napisala" Powiedziałaś "przynioslam pani gazetę".
No fajnie...zrobiłam sobie reklamę na calą Polskę.
Po południu wypiłysmy z Rozi kawę...ona rozpuszczalna a ja ala Angela Merkel.
- Jaka to kawa - pyta Rozi
Pokazałam jej i powiedziałam ze w PL czytałam wywiad z Angelą i ona o tej kawie mówiła. Bo Angela jest z DDR.

Pożegnałam sie z Rozi. Zostawiła mi kartke przy telefonie jak mam mówić jak będzie ktoś dzwonił (oby nie dzwonił nikt) i dyspozycje co mam zrobic. Umyc okna i zrobic porządek na werandzie. No a jutro mam isc na te impreze w kwiaciarni....Pojdę.A co. :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz