Obudziłam sie z bólem głowy.
Źle spałam...Pierwsze wrażenie, spawilo że wpadłam w panikę.:Jezu! Nic nie
widzę! Otwieram oczy szeroko i widzę ciemność! Ciemność widzę!" Ręka
namacałam komórkę...Błękitny blask oświetlił pomieszczenie..."Gdzie ja
jestem?" Po chwili przychodzi przytomność...no tak...w obcym
domu...mieście...kraju...Ale czemu tak ciemno? Zapomniałam, że tu są żaluzje.
Juz więcej ich nie zasunę. Poczułam sie jak w klatce. Godzina? Szósta...Po
cichu idę do łazienki i myje sie i ubieram. Schodzę do kuchni...Kawa jest mi w
tej chwili niezbędna...i fajka. Wychodzę na werandę...Zaciągam sie i
przypominam wczorajszą wieczorną rozmowę z Rozi. Właściwie korespondencję:) Rozi
odkryła, że lepiej rozumiem jak ona pisze:) Dla mnie to tez było zaskoczenie. No,
więc była mowa o papierosach. I jak zaczęła mówić to ja zrozumiałam, że dlatego
że pale musze jechać do domu. Stres, zmęczenie spowodowały, że sie rozpłakałam
się. Rozi z przerażeniem na mnie popatrzyła i spytała, o co chodzi. A ja tylko,
że nie mogę do domu. Ze musze pracować. I tu na ratunek mój słownik przyszedł.
Rozi szybko znalazła potrzebne słowa i napisała, że pierwsza jest jej mama. Że
jeśli u mnie będzie pierwszy papieros a nie pomoc jej mamie to będziemy sie musiały
pożegnać. Po czym przytuliła i powiedziała "Du bist libt." No to
zrozumiałam akurat.
Teraz myślę sobie, że Żabek
miał rację....źe ma wątpliwości, że sobie poradzę...Niemniej nie mam wyjścia....Najwyżej
wrócę w pudełku...
Z kubkiem kawy w ręku weszłam
do pokoju obok kuchni. Na ścianach oprawione zdjęcia...Pergola? Katedra na
Ostrowie Tumskim? No Wrocław! Acha...myślę sobie...pani Emi (tak ma na imię)
jest chyba z tych wygnanych. No to mam przerąbane....Ale nie martwmy sie na
zapas...
Po śniadaniu Rozi powiedziała
ze jedziemy. No dobrze...Po drodze...tu Edeka, tu Aldi...tu kwiaciarnia...tu
kościół. "Pestka myslę sobie. Trzy domy na krzyz żadna filozofia :)
Weszłysmy do kwiaciarni. Rozi
zakupiła bukiet kwiatów (ode mnie dla pani Emi) po czym powiedziała że tu
będzie koncert jutro i jedzenie za darmo i picie i mam tu przyjsc o 20tej. No
fajnie , tylko Rozi dziś jedzie do Hanoweru a ja na trzy dni sama
zostaję....Ale pójde...co mam innego do roboty?
Przed szpitalem Rozi podała mi
okulary swojej mamy i napisała zdanie które mam powiedziec. Po polsku
"Przyniosłam pani okulary". Dobra...idziemy, ja powtarzam to zdanie.
Na korytarzu Rozi kazala mi zostać a sama weszla do sali chorych. Oj...czerwone
światelko mi sie zapaliło...chyba pani Emi nie ma pojecia że zamieszka z obcą
babą....Zaczynam sie bać.Kiedy czekałam na korytarzu, z sąsiedniej sali
dobiegały krzyki."Hilfe!" Czekalam na Rozi 15 min i nikt w tym czasie
nie udzielil pomocy temu choremu. Mój Boże...jak u nas...niemożliwe.
Rozi powiedziala że mam wejsc.
Wchodze...na łożku pod oknem w pozycji półleżacej usmiecha sie drobna, siwiutka
staruszka...jest jak słoneczko z mocno pomarszczona twarzą...Ale ja mam gulaję
w gardle. Z trudem mówię wyuczone zdanie i podaje okulary. Oczy pani Emi robia
sie wieeeelkie...i ze zdziwieniem patrzy na córkę. Rozi sie śmieje i coś
mówi...chyba tłumaczy. Nie wiem o co chodzi....Trochę jeszcze porozmawiały i
poszłyśmy.
W samochodzie pytam co sie
stało....Rozi ze śmiechem że potem pogadamy. Pojechgalyśmy do restauracji na
obiad. Wyciągnęłam słownik, kartki i długopis...Co sie stało?
Rozi napisala"
Powiedziałaś "przynioslam pani gazetę".
No fajnie...zrobiłam sobie
reklamę na calą Polskę.
Po południu wypiłysmy z Rozi
kawę...ona rozpuszczalna a ja ala Angela Merkel.
- Jaka to kawa - pyta Rozi
Pokazałam jej i powiedziałam ze
w PL czytałam wywiad z Angelą i ona o tej kawie mówiła. Bo Angela jest z DDR.
Pożegnałam sie z Rozi.
Zostawiła mi kartke przy telefonie jak mam mówić jak będzie ktoś dzwonił (oby
nie dzwonił nikt) i dyspozycje co mam zrobic. Umyc okna i zrobic porządek na
werandzie. No a jutro mam isc na te impreze w kwiaciarni....Pojdę.A co. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz