Translate

niedziela, 24 sierpnia 2014

Zmiana...

- Przyjedzie Maria - powiedziała Rozi jak przyjechala w sobote. Zrobila taka dziwna mine...niby zadowolona niby nie.
A mnie tam pietruszka - muslę sobie- jade do domu. Z duszą na ramieniu jade bo kasandryczne wiadomości miałam ale po polsku mam nadzieje to jakos ogarnąc...i przy pomocy euro.
Pani Danke natomiast poplakuje i prosi abym przysięgła ze wróce. W tym celu mam skrzyżowac dwa palce (wskazujący i sercdeczny) i podnieśc do góry. Codziennie o to prosi. Ja na to że przysiegałam raz, przy ołtarzu i wystarczy,
- pani T. - mówie - nie bede przysięgać ani nie będe planować.
- Dlaczego? - pyta pani Danke
- Bo nie chce rozśmieszyć Pana Boga - mówie
Dpsłownie powiedziałam że nie chce zeby Pan Bóg sie śmiał.
Pani Danke chyba zrozumiała bo powiedziała że planowali urlop machnąc z panem Danke ale...on umarł nagle.
Na cztery dni przed moim wyjazdem dzwoni Rozi że przyjeżdza Małgorzata ..hmmm....ja "doniosłam" firmie jaki jest stan pani Danke więc może sie Maria przestraszyła i zrezygnowała. Nic to...pakuję sie...tak czy siak jade.
W przeddzien przyjazdu Gosi przyjechała Rozi. Wieczorem przyniosła mi do pokoju torbe
...O Matko!!! Doniczki - filiżanki!!! To te same którymi zachwycalam sie w Herkulesie! Idealnie pasowac będą do mojej kuchni. Jak je zobaczyłam to tylko powiedziałam że sa fantastyczne. I juz je mam. Rozi dała mi tez biała świecę i elementy do dekoracji. Mam zrobic swiece urodzinowa dla mojej mamy ( to taki tu zwyczaj), zrobic zdjęcie i jej przesłać :) No...fajny pomysł tylko znając moją mame...moze to opacznie zrozumiec :)
Rozi powiedziała że jak bede jechac do Ahnatal to mam zabrac laptop a ona załatwi internet żebym miała kontakt z domem.
Spytałam dlaczego tyle dla mnie robi. Te dodatkowe pieniądze, papierosy, prezenty a teraz komputer?
Z serca - odpowiedziała - I dlatego że jak bedziesz miała internet, papierosy kontakt z domem to bedziesz dobrze pracowac.
Hmmm...tak sobie mysle...ja naprawde Rozi lubie ale to chyba tak na 100% z sercem nie ma nic wspólnego :) Przynajmniej dla mnie :)
Tak w ogóle...to im dłużej tu przebywam tym bardziej widze jakąś ryse...no...cos mi nie daje spokoju...coś jak dysonans , fałszywy dźwięk...od czasu do czasu zazgrzyta...Nie umiem tego nazwac...
Nic to...jade do domu...pomyslę jutro...może pojutrze...

*******************************************

Uffff....jestem juz w domu. Ostatnia doba wyczerpała mnie i kreślę te słowa (ostatnie w zeszycie) nosem podtrzymując długopis.
W dniu mojego wyjazdu wstałam wcześnie i przygotowałam śniadanie w salonie na górze.
Pan R. przywiózł Gosie i...świeże bułeczki:) Powiedziałam Gosi żeby wrzuciła torby do pokoju i cos zjadła. Była tak zmęczona, że poprosiła tylko o kawę. Rozi juz była na nogach, pani Danke jeszcze spała. Siedzieliśmy w salonie i rozmawialiśmy...Uuuuu...Gosia miała takie same kłopoty ze zrozumieniem, co ja na początku. Bardzo jej współczułam, bo wiem, jakie to uczucie. Rozi z panem R. rozmawiali a ja? JA byłam za tłumacza!! Dacie wiarę ludkowie mili?! Tak nawiasem mówiąc (o ile nawiasy mówią) to mój Anioł na bezrobocie chyba pójdzie albo sie Bedzie musiał przekwalifikować:)
- Asia - westchnęła Gosia - jak ty dobrze mówisz po niemiecku.
Matulu:)...hihiii...Jeśli rozumienie, co drugiego słowa a reszta na czuja nazywa sie "dobrym niemieckim" to...góra nasi! :)
Nagle Gosia oderwała sie od stołu i pobiegła do swoich walizek z głośnym westchnieniem:
-O Boże!
Spojrzeliśmy po sobie, pan R., Rozi i ja. Co sie stało? Czegoś zapomniała? Nie zdążyliśmy sie wzajemnie spytać, kiedy Gosia weszła do pokoju....Z...blachą. No...Tortownica z ciastem!
- Upiekłam w domu - powiedziała
Nie powiem...Ciasto było dobre...Serniczek...Nieco poturbowany przez podróż, ale smaczny, ale...No nie wiem...Jechać szmat drogi z blaszką ciasta? Chyba to taki zwyczaj opiekunek (Gosia juz dwa lata jeździ)...Musze zapytać, bo ja nowicjuszka w tej materii.
Dzwonek do drzwi...Stefan jak zwykle ze śpiewem zbiega do pani Danke. Po drodze jak zwykle wola do mnie:
- Hallo Johana! Pięknie wyglądasz!
No pewno, że pięknie...Jadę do domu...Cały miesiąc bez Durchfalla...To luksus!
W czasie, kiedy pani Danke była w łazience ja "oprowadzałam" Gosię po kuchni i innych apartamentach. Rozi juz wczoraj zapowiedziała ze po obiedzie mamy pójść sobie "na spacer" i mam pokazać Gosi gdzie SA sklepy. Jak sobie wszystko obejrzymy to mam zadzwonić i Rozi po nas przyjedzie samochodem? Obiad to tylko kwestia podgrzania. Wszystko przygotowałam wczoraj.
Pani Danke "wyjechała" z łazienki z uśmiechem nr 544. W pokoju juz czekało na nią śniadanie. Podczas gdy Stefan mierzył ciśnienie i zapisywał wszystko w arkuszach ja przedstawiłam Gosie. Pani, Danke z zainteresowaniem jej sie przyglądała się i rozmawiała. Ja w tym czasie rozmawiałam ze Stefanem. Życzył mi dobrej podróży i udanego pobytu w domu. Powiedział, że Bedzie tęsknił za rogalikami i "Malinowym Marzeniem"...
- Dziękuję Stefan - powiedziałam - Ale ja myślałam, że będziesz tęsknił za mną.
Stefan rzucił sie na kolana i zaczął przepraszać tak żarliwie ze pani Danke przerwała "wypytywanie" Gosi i zdumiona zapytała:
-Stefan, a co ty robisz na podłodze?
Tak w ogóle to Gosia "kazała" sie nazywać Margerita (?) Bo niby Niemcom łatwiej. Hihiii...Margerita to mi sie, z czym innym kojarzy..Np. z wisienką może być:), ale co tam. Spytałam Gosi czy Margaret nie byłoby lepiej i bardziej po niemiecku, ale ona powiedziała że zawsze tak na nią wolaja.Mnie tam pietruszka...
Pani Danke dalej wypytuje Gosie-Margerite a ja krzątam sie w kuchni. Nagle slysze jak Gosia mnie wola. Wchodze do pokoju.
- Asia, ONA cos pyta a ja nie rozumiem.
Nie podoba mi sie ta "ona" ale prosze pania Danke o powtórzenie pytania.
- Pani T. pyta ile masz lat - odpowiadam i wracam do kuchni.
Za chwile znów wolanie. Ide znow do pokoju
- Asia, ja znowu nie rozumiem ONA sepleni i to dlatego.
Pani Danke sepleni?! Ludkowie mili! Znowu tłumacze. Tym razem czy ma dzieci i ile. Nieee...jak tak dalej pójdzie to bede musiała tu siedziec cały czas a roboty mam troche przed wyjazdem. Co robic?
Zdecydowanym głosem powiedziałam pani Danke że Gosia- Margerita jest baaardzo zmęczona i teraz idzie spac. Pani Danke pokiwała współczujaco głowa i poslusznie zaległa w swoim magicznym fotelu a ja ewkułowałam Gosie do pokoju na górze, gdzie mogłysmy spokojnie pogadac. Własnie przyjechala Rozi z większymi zakupami i miala oko na swoja mame w tym czasie. Przekazałam co najwazniejsze, reszte wypisałam wczesniej na kartce. Nigdy tego nie robiłam bo to pierwsza moja sztela, pierwsza zmiana , ale Rozi mi pomogła bo przywiozła kartke z wypisanymi najwazniejszymi sprawami po niemiecku oczywiście a ja przetłumaczyłam na polski.
Dzis piątek wiec bedzie Hos :) Mysle że troche za duzo jak na jeden raz dla pani Danke.
Po obiedzie poszlyśmy z Gosia na zakupy. Tym razem to ona bedzie kupowała. Ło Matko! Zjechałysmy na dół trzymając sie jedna drugiej. Gosia zachwycona okolica i ze smiechem zbiegala na dół ...No - myslę sobie- śmiej sie póki możesz. Popłaczesz jak sie bedziesz wdrapywac na czubek góry.
W sklepie Gosia kupowała a ja jej towarzyszyłam. Mowilam gdzie co jest...oczywiście po polsku. Nagle Gosia mówi:
- Ty nie mów tak głosno po polsku bo oni tego nie lubia i sa dla Polaków niemili.
Ło Matko! Ja tu cztery miesiące robie zakupy. A ze to mala miescina to wszyscy wiedza zem Polka i nijakiej przykrosci nie miałam...wrecz przeciwnie...cała mase życzliwości. Ale ...jeśli Gosia sie boi przyznawac do swego pochodzenia to jej problem ...nie mój.
Po zakupach zadzwonilam do Rozi. Po pieciu minutach podjechała po nas i powiedziała ze jest Hos i Rozi zaprasza nas na kawe. Pojechałysmy do kawiarni . Rozmawiamy...oczywiście po niemiecku. Gosia nagle do mnie:
- Mów do mnie po polsku.
- Nie wypada - mówie- Rozi siedzi z nami i nie rozumie po polsku. Bedziemy same to pogadamy.
Byla chyba zła na mnie...może pomyslała że zadzieram nosa...ale to Rozi nas zaprosiła i wiem że dobrze powiedziałam.
Po powrocie do domu ster przejeła Gosia a ja konczyłam pakowanie. Rozi przyszła do mojego pokoju i spytała czy przyjade znowu. Przyjade - odpowiedziałam.
- Dziękuje - powiedziaal Rozi - Mama bardzo cie polubiła. Wie ze musisz jechac do domu i rodziny ale żyje pewnością że wrócisz.
Znów zadźwięczał dysonans....nie potrafie tego nazwac....wiem co to jest ale nie umiem ubrac tego w słowa. Zmęczona jestem...to pewne...
Gosia pokazala mi swoje papiery. Ludkowie! Opis pani Danke jak w moim opisie sprzed 4 miesięcy! Wiec to co mówilam firmie poszło w niebyt, w kosmos! Pani Danke nadal ma 81 lat i ani słowa o operacji. No kurcze...do kogo ja to mówiłam!? Po co to mówiłam?! Cos mi sie widzi że firmie jest ganc i pomada...zatrzymani w czasie...ale są przy kasie.
Zaniepokoilo mnie bardzo ze Gosia ma byc ...wg jej umowy tu 2 miesiące. A ja mówilam że jade na miesiąc i wracam. No pieknie. 2 miesiące w domu to dla mnie"żegnajcie ludkowie" Nowe doły których nie będzie czym zasypac.
Przyjechał pan R. Powiedziałam mu swe obawy. On z usmiechem mówi:
- Ty sie Johana nie martw. Ja wszytsko załatwię ze wrócisz tu za miesiąc. Napisz do mnie maila którego chcesz wracac.
Udałam że wierze w jego zapewnienia ale nadal jestem niespokojna. Poza tym...tak załatwiac sprawy poza firmą? No ...pomysle juz w domu. Teraz w drogę.
Pożegnanie było płaczliwe...pani Danke machała mi biala chusteczka (higieniczną) na pożegnanie. Rozi mi mówiła że ona zawsze tak żegnala wszystkich...machala chusteczka z progu domu :)
Gosia ...jak mnie żegnano...tylko powiedziała;
- Boże, Asia, jak oni cie tu kochają.
Marwię sie o nią...ale sądze że sobie poradzi bo przeciez to nie jej pierwszy raz.
W samochodzie pan R. wyciagnął paczuszke.
- To prezent dla ciebie ode mnie i mojej żony (żona pana R. jest Polka) W ozdobnej torebce były pralinki i 20 euro :)
- Tu mas zadres mailowy do mnie - powiedział pan R. - koniecznie do mnie napisz jak bedziesz w Polsce.
Autobus podjechał i kiedy podawałam bilet powiedziałam "Bitte"Zupełnie automatycznie. Pan pilot spojrzał na mnie z góry ( stał na schodkach autobusu ) i rzekl
- Prosze pani to jest polski autobus i mówi sie tu po polsku.
Ożesz ty!   Jak sie zexliłam! Ty zakrakrawatkowany dygusie!
- Prosze pana,- mówie - Jestesmy w Kassel a tu sie mówi po niemiecku. A jak bede miała ochote to w polskim autobusie po chinsku bede mówic i wtedy bedzie to pana problem nie mój.
Chciałam jeszcze mu dogadać ale nagle po mnie spłynęło. Spojrzałam z żałoscia na niego i weszlam do autobusu. Pan R. jeszcze raz nakazał kontakt i sobie pomachaliśmy...łapkami :)
Podróz była mecząca...nogi pod broda...posladki bolace...durne filmy na Video....koszmar. Jakies towarzystwo z kazdym pstojem na stacji benzynowej robiło sie coraz bardziej hałaśliwe....
Na dworcu czekał Żabek....po 20 min byłam w domu....
Koniec pierwszego etapu....za miesiąc drugi....jak długo mam jeszcze prowadzic taki tryb życia? Ja juz teraz ani w Niemczech swoja ani w Polsce tutejsza....Cudzoziemka....albo „Przebrana za Niemke”....


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz