"18.Listopada.2010
Przyjechałam...Jest wieczór.
Rozi juz śpi a ja gryzmole w zeszycie...Matko...Jak cicho.A moje nerwy w
strzępach. Dzień minął błyskawicznie. Ból głowy...Chyba za dużo wrażeń.
Wysiadłam z autobusu a na
przystanku pusto...Tylko ja i moja walizka. O 6 rano w Kassel było zimno i
pochmurno. W miarę upływającego czasu moja wyobraźnia zaczęła pracować...Nikt
po mnie nie wyjdzie, adres mam, ale pieniędzy nawet na wodę...W co ja sie
wpakowałam? Po co dałam sie namówić na ten idiotyczny wyjazd. Dlaczego Żabek
nie pojechał? Chce wracać! Podjechał jakiś samochód, ale nikt z niego nie
wysiada. No tak...Teraz jakiś facet wyskoczy zaciągnie mnie do samochodu i...No
tak wysiadł jakiś z wielką kartka z moim nazwiskiem. Podeszłam i powiedziałam,
że to ja. No tak durnej sytuacji to nie wiedziałam. Ja jedna na przystanku a on
z transparentem na kiju:) Teraz to dopiero sie uśmiałam się:)) No Żaba jak ty
sie jeszcze śmiać potrafisz to chyba masz jakieś pokłady w rezerwie.
No dobra...Wsiadłam do
samochodu i jedziemy. Facet (koodynator) clay czas gada ...man, man,
man..." A ja nic nie
rozumiem. Poco mi był ten kurs...Niepotrzebna strata czasu. I tak wiem ze nic
nie wiem. Nagle on popatrzył na mnie i pyta "Stres?" Kiwam głową. A
on coś, ale ja tylko "gut" zrozumiałam. Chyba chciał powiedzieć, że będzie
dobrze. No pewno...dla ciebie, ale dla mnie?
Jedziemy...cos długo a facet
coraz bardziej zdenerwowany....Jestem porwana - błysnęła myśl. Zaczęłam wpadać
w panikę. W końcu zatrzymał sie i wysiadł. Na ulicy zaczepił jakiegoś gościa i
chyba o cos pytał. Teraz wiem...bo juz jestem na miejscu...w takiej pięknej
górzystej okolicy...na końcu świata i on nie mógł trafić.
Drzwi otworzyła Rozi...Z
uśmiechem przywitała i zaprosiła do salonu. Matko! Na stole gorące bułeczki, dżem,
kawa, masło...śniadanko a ja nawet kęsa nie mogłam przełknąć. Wydusiłam jedno
słowo "szyn"...bo tez widok z salonu był jak z bajki. Dom stoi na
szczycie góry a w dole cała panorama miasteczka ze strzelająca w niebo wierzą kościoła.
I tak siedzieliśmy a oni
gadali. A ja nic nie rozumiem. Jak ja sobie dam rade?
Pani, którą sie mam opiekować
się jest jeszcze w szpitalu do końca tygodnia. Jutro jedziemy ją odwiedzić.
Przynajmniej tak zrozumiałam...
Juz mi sil brak po nocy w
autobusie i całym dniu....Jutro napisze...jeśli mnie nie wywalą za zły
niemiecki. Boże daj mi rozum i sile..."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz