Żabiennik czyli skok na DE
Translate
niedziela, 28 grudnia 2014
Koniec?
Nieee :) To na razie koniec.Komu moje opowiesci przypadły do gustu, komu gębula się choc raz usmiechnęła, kto choć raz łezkę uronił...Bóg zapłać wielkie :) A kto chce wiedzieć co dalej u pani Danke i pani Bitte to musi poczekac na wersje książkową :) niebawem jak Bóg pozwoli się ukaże :) Więc do poczytania, moi wierni internautowi czytacze :)
niedziela, 24 sierpnia 2014
Junooo! Trefen i…”Słowo Ciałem się stało”
Od dłuższego czasu
pani Danke przeprowadza dłuuugie rozmowy przez telefon w sprawie „Spotkania
wypędzonych”. Rozmowy są długie a pani Bitte (czyli ja) ma dłuuugie chwile
spokoju. Bo o dziwo Durchfall w tym czasie chyba również uczestniczy w tych
rozmowach. Czyżby tez z tych wypędzonych był? Ja go przepedzam codziennie
zielonymi kapsułkami a on powraca z uporem maniaka.
Spotkanie ma się
odbyć w Hanowerze. Rozmawialam na ten temat z Rozi przed paroma miesiącami i
wtedy była bardzo sceptyczna. Mówiła że to za wcześnie aby cokolwiek planować.
Ale pani Danke planowała i swój plan chyba zrealizuje. Teraz bowiem
dowiedziałam się od Rozi że w przyszłym tygodniu przyjeżdża koleżanka-wygnanka
pani Danke w sprawie organizacji „Schlesiern treffen „
Koleżanka- wygnanka będzie
trzy dni. Trochę mnie to przeraziło ale Rozi uspokoiła mnie że ja mam się
zajmowac tylko jej mamą a nie jej gościem. Rozi będzie w tym czasie machać
sobie urlop. No i dobrze.
W związku z
przyjazdem koleżanki-wygnanki Rozi zapytała czy mogę przygotowac swój pokój na
jej przyjazd. Pokój jest przygotowany bo nieużywany. Zostaje tylko umyc okna.
No i dowiedziałam się
wczoraj że moje kochane Pflege będą przychodzić tylko rano i tylko od
poniedziałku do piątku. Wieczorami i w weekend ja będę się panią Danke
zajmować. Dziwnym zbiegiem okoliczności ta informacja nastąpila bezpośrednio po
wizycie koordynatora.
No cóż…
Ale w swej
obrzydliwej złośliwości zapytałam Rozi „Dlaczego?”
- Wiesz, dni są coraz
dłuższe. To śmieszne żeby mama szła spać o 20tej kiedy jeszcze słonce świeci.
Pewno i racja.
Tylko…do tej pory to nie było śmieszne. To było normalne.
- A co na to
Diakonia? – pytam dalej złośliwie złośliwa.
- No cóż – odpowiada
Rozi – płacze.
- Dlaczego?
- Bo mniej pieniędzy
zarobią – odpowiada Rozi ze śmiechem
I tu moja złośliwość
dosięgła szczytu…ale się ostatkiem sil pohamowałam.
Już na samym końcu
języka miałam pytanie:
- A czy ja przez to
więcej zarobię?
No oczywiście. Nie
zarobię. I dlatego nie zapytałam.
No więc jedziemy 22go czerwca prawdopodobnie.
No nic…na razie dość myślenia o tym. Są ważniejsze sprawy. Moja córka zdaje
właśnie maturę. Anieli wszyscy…ja wiem że jest mądra i zdolna. Ale na
egzaminach 50% powodzenia to szczęście. Więc proszę o te 50%. Ona jest tego
warta.
Raz , dwa, trzy….rolatorek trzymasz ty.
O ile propozycja
lekarza, a właściwie jego sugestia, w sprawie mojego pozostania była słuszna,
to niemniej „podarowanie” mi kuli było kosmicznym nieporozumieniem. Nagle
zdałam sobie sprawę, że aby moc się nimi posługiwac, najpierw trzeba się
nauczyć chodzić.
Ale po kolei…Otóż
specjalnie napisałam „podarowane” w cudzysłowiu bo po trzech dniach listonosz
przyniósł mi …UWAGA…rachunek za wypożyczenie kuli (szt.2). Całe 36 euro!
Zapłacić w ciągu 14 dni. Dobra ale jak zapłacić skoro w „portmoni” tylko
służbowe a prywatnych od Rozi za mało.
Byłam bardzo
zmartwiona. To zmartwienie musiało wymalować na mojej twarzy piękny meikap. Tak
piękny że Edit, która właśnie wtym dniu przyjechała, od progu zapytała co się
stało. W milczeniu podałam jej kopertę. Edit uważnie studiowała rachunek po
czym schowała do kieszeni. Na mój zdziwiony wzrok odpowiedziała:
- Dziś jadę właśnie
do diakonii -(Edit tam pracuje)- to po drodze wstąpię do szpitala i to
załatwię. Nic się nie martw, nic nie będziesz płacic.
Po raz kolejny KTOŚ w
odpowiednim czasie przysłał mi wsparcie J
Oczywiście Edit
zabrała kule ze sobą. Sprawiały więcej kłopotu niż były pomocne. Dwa razy chcąc
się przemieścic zaliczyłam podłogę i przyprawiłm tym prawie o zawał panią
Danke. Z przerażeniem patrzyła jak zbierałam się do pionu. A potem równie
przerażona patrzyła jak zamierzam gdzieś pójść. Tak więc dla jej dobra i jej
spokoju ducha kuśtykałam bez kuli. Druga sprawa to chcąc np. przynieśc pani
Danke herbatę brakowalo mi trzeciej ręki. Jedyne dwie jakie posiadam „zajmowały
się” kulami.
Niemniej zauważyłam że
jak prowadzę panią Dankę do toalety to idzie mi się nadzwyczaj dobrze. I nagle
odkryłam! Ja się trzymałam kolatorka pani Danke. Tak więc kiedy pani Danke
poleguje w magicznym fotelu ja śmigam z rolatorkiem niczym meserszmit J Problem zaczyna się wtedy kiedy pani Danke też chce
meserszmitować. Wtedy zazwyczaj meserszmit ujemy razem.
Tabletki od pana
doktora (szt.3) zużyłam w ciągu trzech następujących po sobie nocy. Ale teraz
już mogę spać bo ból pojawia się tylko przy poruszaniu. Niemniej opanowałam
technikę chodzenia. Wprawdzie przyjmuję pozycję paragrafu i wyglądać to musi
komicznie ale co tam. Ważne że nie boli.
Ola często do mnei
zagląda i nawet wykonuje te czynności, których nawer jako chodzący paragraf nie
jestem w stanie wykonać (np. podlewanie kwiatów w ogrodzie).
W sobotę jak zwykle
przyjechała Rozi. Jako że już jest ciepło to od czasu mojego przyjazdu co
sobotę po obiedzie i drzemce pani Danke, jedziemy na kawę i ciasto do kawiarni.
Do tej kawiarni przez 30 lat pani Danke wraz z mężem co niedziela jeździli
właśnie na kawę.
Za pierwszym razem,
kiedy miałyśmy jechac spytalam czy mogłabym zostac w domu. Rozi odparła że
absolutnie nie gdyż ona sama nie da sobie rady z rolsztulem. No coż…w końcu ma
rację…jestem tu do pracy.I własnie dlatego w ostatnią sobote nie zapytałam czy
mogłabym zostać ze względu na moje wciąż bolące kolano. Mogłam usłyszeć , że
skoro jestem niedysponowana to powinnam jechać do domu się leczyć. I to też
byłaby racja. Ale mialam nadzieję że Rozi sama na to wpadnie że raczej marną pomocą
dla niej będę w tym stanie. Niestety…święta naiwności…nie wpadła na to.
Zapakowałysmy się więc i ruszyłyśmy. Na parkingu Rozi pomaga al wysiąść swojej
mamie z auta a ja miałam się zająć wyjęciem wózka inwalidzkiego. Więc się
zajęłam. Z takim skutkiem że chwyciwszy wózek źle stanęłam i poczułam tak
potworny ból że zwalił mnie z nóg. Upadając pociągnęłam wózek ze sobą…jakiś
durny odruch…i leżac na ziemi byłam dokladnie przykryta tym wózkiem. Rozi,
która wyciągnęła już mamę z auta została w potrzasku. Bo nie może mi pomóc gdyż
trzyma mamę. Jak puści mamę to mi pomoże ale pani Danke opadnie na ziemię. Na
szczęście na parkingu było paru ludzi. Podbiegli do mnie i pomogli wstać. Rozi
czerwona ze wsydu przepraszała i dziękowała moim wybawcom. No własnie…przepraszała
ich…za co się pytam? Za mnie? Że opiekunka jej mamy jest w takim stanie że nie
może wyjąc wózka z auta? Na mnie Rozi nie patrzyła. Potem przy kawie spytala
czy już się dobrze czuję. No co miałam powiedzieć? Że muszę się dobrze czuć?
Czy mi się podoba czy nie?
Dobra, konczę…za dużo
żalu i złości się zbiera we mnie.
Jak będę dłużej pisać
to suchej nitki na nikim nie zostawię. I na co mi to? Nikt i tak nie usłyszy a
najwięcej szkody zrobię sobie…swoim nerwom i duszy. Idę się przejść po
ogrodzie…popatrzeć w gwiazdy które są tu tak blisko że tylko rękę wyciągnąć…
Upadła Żaba
Teraz, gdy poznałam
Olę, dni biegna wprawdzie tym samym rytmem, przeplatane częstymi wizytami
Durchwalla. Ale… Uodpornilam się już . To niesamowite jak człowiek jest w
stanie przywyknąc do ekstremalnych warunków. Naprawde mnie nie rusza. Durchwall
tez jakby zrozumiał, ze nie wytraci już mnie z równowagi i daje wyraźne
sygnały, dzieki którym obywa się bez przykrych niespodzianek. Inna sprawa że
zaczęłam panią Danke „wysadzać” na kibelek co trzy godziny. Ten „rytmus” mocno
Durchwalla trzyma w ryzach. Efekt jest taki,że wprawdzie jest ale trafia tam
gdzie trzeba i pieluchomajtki są czyste.
Uwielbiam wieczory bo
wtedy zwykle odwiedza mnie Ola i gadamy sobie bez konca siedząc na werandzie
albo w ogrodzie. Powiedziałam Rozi, że mam koleżankę i że mnie odwiedza. Wole
ją uprzedzić niżby sąsiedzi donieśli że obce osoby wpuszczam do domu. Niestety
ja nie mogę odwiedzac Oli, chociaż mieszka dosłownie za płotem.
Dziś wlasnie
umówiłyśmy się z Ola na wieczór. Dzien zapowiadał się spokojnie, pomijając dwie
godziny na zakupy, które musze wykonac jak zwykle w sprinterskim tempie. No
cóż. Te zakupy to niezła gimnastyka i chyba nie powinnam narzekac, zważywszy że
siedze całymi dniami w domu…albo „lauferuje” niczym pani Danke po ogrodzie. Nie
mówie tylko za każdym krokiem „links, links, raz dwa trzy..”
Przed obiadem
zadzwoniła nachbarina pani Danke i się zapowiedziała…na dziś. Ludkowie mili!
Już nie mogla lepszej pory sobie znaleźć?!
Pani Danke
rozgorączkowana, jak zwykle odmówiła spania po obiedzie i…uwaga…naprawde nie
spała. Usiadła w swoim magicznym fotelu i…Zaczęło się tango milonga.
- Johanaaa! Otwórz
brame! (nachbarina jest zmotoryzowana)
- Johanaaa! Wyjrzyj
czy nie idzie!
-Johanaaa! Czy drzwi
są otwarte?
-Johanaaa! Zamknij
lepiej drzwi bo ktoś wejdzie!
- Johanaaa! Chce do
toalety!
- Johaanaaa! Podaj mi
lusterko!
- Johanaaa! Daj mi
Imodium! (zielone kapsułki, chociaż Durchwall był sbie już „dzień dobry” dzis
powiedział)
Może i by nie było to
takie uciążliwe, aczkolwiek nieco denerwujące, gdyby nie fakt, że byłyśmy na
dole a drzwi wejściowe na górze. Biegałam więc po schodach tam i nazat jak kot
z pęcherzem. Pani Danke w tym wszystkim natomiast zapomniała o wizycie syna.
Dzwonek do drzwi.
Pani Danke wlączyła motorek magicznego fotela i….ziiiuuut. Podjechała do
pozycji siedzącej wołając:
- Johanaaa! Otwóż
drzwi!
Biegnę po raz setny
na górę, otwieram drzwi a tu? Listonosz sobie stoi z szerokim uśmiechem na
twarzy, szczęsliwy że aż mnie skręciło z zazdrości. Resztką siły i chęci
odwzajemniłam uśmiech i zbiegłam na dół.Tylko weszłam do pokoju a znowu dzwonek
do drzwi.
- Johanaaa! –
zawołała pani Danke i tylko palcem wskazującym pokazala mi schody.
Jasne – myslę- teraz
będziemy się komunikować na migi. Panią Danke boli gardło od tych wołąń a mnie
nogi.
Nim dotarłam na góre
drzwi się otworzyły i wszedł Hos. Zbiegłam więc na dół mając nadzieje że chwycę
torbe i znikne nim pojawi się nachbarina. Hos tym razem będzie musiał się
wszystkim zająć. Ubierając kurtke powiedziałam że przyjdzie pani X i już byłam
w drzwiach, kiedy dzwonek znów zaryczał.
Ja to mam pecha, no!
Nachbarina!
Jak pani Danke
usłyszała to już nie mialam życia. Kawa, choc zrobiona, musiała być przeze mnie
podana. Zdjęłam kurtke i pędzę na dół.
Nagle…W głowie słysze
chrupot. Trzask! W oczach ciemność. I ból.Zrobiło mi się słabo. Chwytając się
poręczy osunęłam się na ostani stopien schodów, którego w tej bieganinie nie
zauważyłam, i usiadlam. Jak przez mgłę słyszę woalnia pani Danke. Nie mama siły
odpowiedzieć. Na korytarz wyszedł Hos zaniepokojony moim milczeniem. A ja
siedze na schodach i trzymam się za kolano. Probuje wstać. Nie da rady. Klapie
chudym tyłeczkiem na stopień.
„chyba złamana, mój
Boże” – mysle.
Poruszam palcami
nogi…no ruszam czyli nie złamana. Wiec co jest? Ból powoli ustępuje. No dobra –
mówie do siebie- koniec tego teatru. Ide po zakupy.
Stanęłam na nogi. Hos
głośno odetchnął ale zaraz jęknął ze zmartwienia. Kiedy wstałam i próbowałam
zrobic krok, ból mało mnie nie zwalił z nóg. Znowu trzymając się poręczy
osunęłam się na stopien.
Jestem upadła Żaba –
myślę – i tak chyba tu zostanę…poczekam na Stefana albo Johana (nie wiem który
przyjdzie) a pani Danke ma Hosa i nachbarine to jakoś będzie. A jutro
zobaczymy.
Niemniej Hos trwał
przy mnie jak osobisty ochroniarz i powiedział że trzeba zawiadomic Rozi.
„Fajnie – mysle –
przeciez oni ze sobą rozmawiają korespondencyjnie. Już chciałam mu poradzic
żeby pocztą lotniczą wiadomośc wysłal, kiedy zobaczyłam że Hos chwyta za
słuchawkę telefonu.
Normalny szok. Mimo
bólu byłam bardzo ciekawa tej pierwszej, rejestrowanej przeze mnie rozmowy.
Pomimo bólu śmiac mi się chciało…i chyba trochę z nerwów.
Hos faktycznie
ZAWIADOMIŁ Rozi:
- Johana złamała
noge. Co robić?
Ja? Złamałam? Jeszcze
bardziej słabo mi się zrobilo. Ja chcę do domu! Ja chce ale wiem że nie mogę do
domu! To jakiś koszmarny sen. Zaraz się obudzę i będzie dobrze. Ale się nie
obudziłąm. Tkwię w tym śnie w dodatku coraz bardziej kolano boli. Co robic?.
Pierwsza myśl to Ola.
Dzwonie do pani K Szczęściem odbiera Ola.
- Olu , skreciłam
nogę. Hos mówi ze złamana. Palcami ruszam, ale spuchła i puchnie nadal. Boję
się.
Ola powiedziała że
natychmiast przyjdzie. Faktycznie. Po niecałych 2-3 min zdyszana wpadła do domu
(drzwi werandy były otwarte). Obejrzała noge i stwierdziła że chyba zwichnięcie
ale trzeba do lekarza.
Fajnie – myslę- z
górki to na wózek od zakupów wsiądę i jakoś zjadę. Ale 12 km do Kassel to na
tym rozbiegu nie dociągnę!
Kiedy tak
medytowałyśmy czy może pogotowie wezwać, przed dom z piskiem opon zajechał
samochód. Ola wyszła zobaczyc a tu pan R. Mój osobisty, niemiecki koordynator
zajechał. Rozi po dramatycznej informacji Hosa, natychmiast zadzwoniła do pana
R.
Komiczna sytuacja. Ja
leże na łóżku, pani Danke w swoim magicznym fotelu, Hos (szczęśliwy że tyle
ludzi do pomocy dłubie grabkami w ogródku) a nachbarina w niezbyt komfortowej
sytuacji, bo nie wie co ma robic. Uciekać czy zostać i pomóc.
A Ola i pan R. Nade
mną debatują co robić…ze mną. Pan R. w koncu mówi:
- Johana. Albo
jedziesz do domu, albo do szpitala.
Fajnie! Ja do domu! Z
nogą bezfunkcyjną! Niespakowana bo nie mam siły się spakować!
- Do szpitala! –
wołam- Nim pojade do domu muszę wiedzieć co sobie uszkodzilam!
Pan R. pakuje mnie do
samochodu i jedziemy na ostry dyżur.
Przed szpitalem każe
mi siedzieć a sam wbiega do szpitala. Za chwile wylatują pielęgniarze z wózkiem
inwalidzkim. Normalnie czuję się jak prezydentowa. Zostaję wwieziona do środka.
Tam już wszystko wiedzą bo pan R. opowiedział Wjeżdżam do gabinetu lekarza. On
mnie wypytuje co się stało. Ja opowiadam, jak potrafię, troche na migi co się
wydarzyło. Lekarz kieruje mnie na RG. A tam baaardzo niesympatyczna pani prawie
wrzeszcząć na mnie kazała się położyć na łóżku, potem usiąść a potem….Matko!
Tak mi zgięła nogę w kolanie że gwiazdy zobaczyłam. Jak nie ryknę z bólu, jak nie
zawyję. Nagle…Drzwi się otwierają i wpada lekarz.
- Co się dzieje?! –
krzyczy
- Pacjentka nie
rozumie – mówi pigulara jedna
A ja w tej samej
pozycji co mnie „pigulara” zgięła płaczę i nie mam siły zrobić żadnego ruchu.
Lekarza wściekły
kazał „pigule” się wynosić. Sam zrobil zdjęcia. Był bardzo delikatny ale mnie
już było wszystko jedno. Ból był tak ogromny,że zawładnął nie tylko moim ciałem
ale i duszą. Lekarza słyszałam jak przez ścianę…widziałam jak przez mgłę.
Potem 15 min czekania
na zdjęcia. Lekarz wychodzi z gabinetu i prosi mnie do środka.
- Niech się pani nie
martwi, to tylko skręcenie kolana.
Oddycham z ulgą ale
boli strasznie.
- Czy mam zostać w
szpitalu? – pytam
Nie wiem jak
wyglądałam ale lekarz spojrzał na mnie współczującym wzrokiem i spytał:
- A chiałaby pani?
Pewno że bym
chciała…poleżeć sobie, odpocząć…Spuściąłm głowe i odpowiedziałam:
- Nie.
Ja nie wiem co lekarz
wiedział. Nie mówiłam mu że pracuję jako opiekunka. Może się domyślił. Dał mi
trzy tabletki Venonutonu (tylko na recepte bo bardzo silna dawka) zabandażował
kolano dając okład z jakieś maści i powiedział żebym przez dwa tygodnie
oszczędzała lewą nogę. Dał dwie kule.
Pięknie – myślę. Jak
ja chodząc o dwoch kulach będę się opiekować panią Danke!
W drodze powrotnej
pan R. cały czas mowił jakie mam szczęście że pracuję w firmie a nie „na
czarno” , że taka super opieka itd.
Zgadzam się z nim ale
….
Po powrocie Hos
przywitał mnie tak wylewnie że mnie zatkalo. Prawie ze łzami w oczach cieszył
się że wrociłam cała. I na ten tychmiast wylecial z domu jakby się paliło. I
tak jestem mu wdzięczna, bo został ze swoją mamą do mojego powrotu. Nachbarina
była się ewakuowała wcześniej. Ola zadzwoniła dopytując o moje zdrowie i czy
może pomoc. Przeciez ona też pracuje. Powiedziałam że daję na razie radę.
Teraz jest 2ga w
nocy. Ból kolana doprowadza mnie do szału. Chyba wezmę tę tabletkę. Pani Danke
śpi spokojnie. Stefan był mocno zaniepokojony ale powiedział że w razie gdybym
czuła się źle to mam zadzwonić. Przyjedzie „priwat” tak z serca, jak
powiedział. Kochany Stefan. Wieczorem zadzwonił Johan.
- Stefan mi
powiedział o twoim wypadku – mówi – Kiedy będziesz potrzebowała pomocy możesz
na mnie liczyć. O każdej porze.
Boże! Po raz kolejny
dziękuję. Za Twoją pomoc. Za tych ludzi, których stawiasz na mojej drodze.
A ta pani z
rentgena…może miała zły dzień…może problemy…nie jestem na nią zła. I Ty chyba
też, prawda?
Nie jestem sama
Jak tak się
zastanawiam to nigdy nie byłam sama J. Pomimo częstych chwil, w których odczuwalam brak zrozumienia, uczucie
osamotnienia w tym co mysle, o czym marzę. Zawsze jednak był i jest „Szef”, jak
mawial ks. Witold. Codziennie niemal odczuwam Jego obecność. O działaniu nie
wspomnę J Niekiedy mam wrażenie,że oddala się na chwile. Ale myslę , że to po to,
żeby mnie postawic do pionu J Żebym się zatrzymała w gonitwie mysli „zrobie to sama”. Niemniej kiedy
tylko zobacze że nie dam rady sama – wołam Go – i On przychodzi J Tak naprawdę to nigdy się nie oddalił. Tak naprawde
to On czekał aż zawołam J
Ale….pomimo tego, w
tym obcym kraju, tak po ludzku brakuje mi kogos z kim mogłabym usiąść na werandzie,
czy gdziekolwiek, wypić kawe Ala Angela Merkel (Niemcy takiej nie pija) i
najzwyczajniej w świecie pogadać o niczym. Pogadać w ludzkim języku, czyli po
polsku. Nie domyślać się, nie plątać i wreszcie wyrzucic z siebie potok słów
bez stresu . Oczywiście rozmawiam ze sobą ale na dluższą mete to może grozić
chorobą przecież. Bynajmniej nie fizyczną.
I oto któregos dnia
przyszedł Stefan. Jak zwykle wesoły, jak zwykle pokłócił się z pania Danke w
łazienc i, jak zwykle ja nic nie zrozumiałam J
Kiedy wychodzil
powiedział że dzis ktos do mnie zadzwoni.
- Kto? – pytam
- Niespodzianka – mówi
ze smiechem – Do zobaczenia wieczorem.
I uciekł. I od tego
momentu w mojej głowie przesuwaly się rózne scenariusze. Nie znam nikogo tu
oprócz sąsiadów pani Danke i jej rodziny. No jeszcze pani w sklepie Edeka i ta
Polka w Aldiku. Ale oni nie muszą do mnie dzwonić a poza tym co to by była za
niespodzianka? Jak Stefan przydzie wieczorem to taką burę ode mnie dostanie,że
hej. O serniku może zapomniec!
W południe, kiedy
kończyłam obiad, usłyszałam dźwięk telefonu. Pani Danke odebrala mówiąc swoim
słodkim glosem nr „tysiącpięćsetstodziewięćset”:
- Hallooo???
Jakąs chwile
rozmawiala, po czym zawołała:
- Johaaaanaaa! Ktos do
ciebie!
Zdziwiona i
niezdziwiona odbieram słuchawke z rąk pani Danke i mówię niepewnym głosem
- Bitte.
Po drugiej stronie
słysze w „ludzkim języku”:
- Witam. Nazywam się
Ola. Pracuję u pani K. po drugiej stronie ulicy. Możemy się spotkać?.
W głowie mi
zawirowało. Matko jedyna! Rodaczka na czubku góry! Po drugiej stronie ulicy! I
chce się ze mną spotkać! Mój Boże! Jak Ty to robisz?! No dobra…nie pytam. Wiem.
Ale…akurat na to zupełnie nie liczyłam J
Umowiłyśmy się na
godzinę 15tą. Ola może się wyrwac w tym czasie na 20 min .Mogłaby wczesniej ale
pani Danke kategorycznie zaprosiła ją na kawę.Ciekawska jedna J
O ustalonej godzinie
wyszłam przed brame i zobaczyłam jak z górki na czubku góry, do dankowego lochu
schodzi kobieta wesoło machając mi reką. Była mojego wzrostu, krótkie, bląd
włosy i…poczulam….że się znamy od zawsze. Mało się nie rozpłakałam ze
wzruszenia.
Zaprosiłam Olę na
werande gdzie czekała już pani Danke, kawa i sernik.
Chociaz Ola przyszła
do mnie to pani Danke sobie Olę w jasyr wzięła od samego początku. Ola bardzo
dobrze mówi po niemiecku. Od 5 lat już pracuje w Niemczech. Dużo sobie nie
pogadałyśmy ale umówiłyśmy się na następny dzień, kiedy obie nasze podopieczne
będą spały. Pogoda jest piekna i można posiedzieć w ogrodzie. Żegnałyśmy się
jak bardzo dobre znajome, chociaż niewiele o sobie wiemy jeszcze. Ola będzie tu
do czerwca.. Mamy maj. Potem ma ją zmienić kolezanka.Jak pięknie!
Wieczorem, kiedy
przyszedł Stefan, z uśmiechem podałam mu podwójna porcje sernika. Stefan o nic nie
pytał. Nie musiał. Czułam się jakby ktos mnie unosił. I chyba na taka
wyglądałam. Jak dodam do tego dzien bez biegunki to powiem że to był wspaniały
dzien.
Ważny dzień
No i stało sie. Leżę w
szpitalu juz dziesiąta godzine i ...nic. Magnolie za oknem, ptaszęta spiewaja,
ciepło a ja kwitne przywiązana do aparatury i nudze sie okropnie. Juz nawet
przestałam sie bac. Śnadanko zjadłam a teraz jestem o samej wodzie i w dodatku
w ograniczonej ilosci. Jak tak dalej pójdzie to wyschne na wiór. Dla
przyzwoitosci zaczęłam stękać. Ale po godzinie słysze:
-Jak ta kobieta cierpi, leży tu od rana i nikt nie chce jej pomóc.
A co mają mi pomagac ? W czym? W leżeniu?
Ale zrobiło mi sie głupio i przestałam udawac. No to słyszę.
- Siostro! - wola ktos- ta pani co lezy na koncu nie daje znaku życia. niech siostra do niej zajrzy.
No masz babo placek. Jak jęcze to niedobrze, jak nie jęczę to jeszcze gorzej. Spokojnie nie dadzą poleżec.
Zaczynam rozwiązywac krzyżówkę. Marnie idzie bo wsłuchuję się w odgłosy z aparatury.
Po 20-tej odgłosy zamilkły.I nagle obok mnie zrobiło sie zamieszanie. Siostra jedna, druga, nakladaja mi maskę z tlenem ..."chyba coś niedobrze- myślę" Wszystko toczy się błyskawicznie. Mój lekarz juz jest i wjeżdżam na salę operacyjną.
- To ma być ciąża? - pyta zdumiona siostra na sali.
- Prawdopodobnie - odpowiadam
Potem tylko pamiętam jak lekarz mówi co własnie robi ale juz nie pmietam co i zapadam w ciemność.
Mam wrażenie że budzę się kilka razy
- Ma pani córke - słyszę - zdrowa.
Zaczyam płakać
- Tylko mi sie tu nie mazgaić proszę - to anestezjolog
- Tak jest - mówię
- No widać ża tatus był wojskowy.- anestezjolog ryczy ze śmiechu
Ciekawe ....skąd o wie że tata był żołnierzem?
*****
tak to było 19 lat temu. Dziecina wyrosła, jest samodzielna...prawie, zdobywa i jest zdobywana, szuka, gubi, psuje, próbuje , eksperymentuje., walczy...
Ktos mi napisał..
"Taki los rodziców: wychować jak potrafią i… pobłogosławić na dorosłe życie! Łącznie z prawem do pomyłek i strat…
No dobra , ale moge czasem powzdychać do tych chwil kiedy była całkowicie ode mnie zalezna. taka malutka, bezbronna, i taka słodka....
Teraz jest piekna i zdolna.no i zdrowa Bogu dzięki :))
-Jak ta kobieta cierpi, leży tu od rana i nikt nie chce jej pomóc.
A co mają mi pomagac ? W czym? W leżeniu?
Ale zrobiło mi sie głupio i przestałam udawac. No to słyszę.
- Siostro! - wola ktos- ta pani co lezy na koncu nie daje znaku życia. niech siostra do niej zajrzy.
No masz babo placek. Jak jęcze to niedobrze, jak nie jęczę to jeszcze gorzej. Spokojnie nie dadzą poleżec.
Zaczynam rozwiązywac krzyżówkę. Marnie idzie bo wsłuchuję się w odgłosy z aparatury.
Po 20-tej odgłosy zamilkły.I nagle obok mnie zrobiło sie zamieszanie. Siostra jedna, druga, nakladaja mi maskę z tlenem ..."chyba coś niedobrze- myślę" Wszystko toczy się błyskawicznie. Mój lekarz juz jest i wjeżdżam na salę operacyjną.
- To ma być ciąża? - pyta zdumiona siostra na sali.
- Prawdopodobnie - odpowiadam
Potem tylko pamiętam jak lekarz mówi co własnie robi ale juz nie pmietam co i zapadam w ciemność.
Mam wrażenie że budzę się kilka razy
- Ma pani córke - słyszę - zdrowa.
Zaczyam płakać
- Tylko mi sie tu nie mazgaić proszę - to anestezjolog
- Tak jest - mówię
- No widać ża tatus był wojskowy.- anestezjolog ryczy ze śmiechu
Ciekawe ....skąd o wie że tata był żołnierzem?
*****
tak to było 19 lat temu. Dziecina wyrosła, jest samodzielna...prawie, zdobywa i jest zdobywana, szuka, gubi, psuje, próbuje , eksperymentuje., walczy...
Ktos mi napisał..
"Taki los rodziców: wychować jak potrafią i… pobłogosławić na dorosłe życie! Łącznie z prawem do pomyłek i strat…
No dobra , ale moge czasem powzdychać do tych chwil kiedy była całkowicie ode mnie zalezna. taka malutka, bezbronna, i taka słodka....
Teraz jest piekna i zdolna.no i zdrowa Bogu dzięki :))
Internet
Hurrraaaa!!! Mam
Internet! Stacjonarny…pełen wypas. Volke czyli Naród…przyszedł dziś i zainstalował mi ten hit
elektroniki swiatowej. Miał sporo problemow bo mój laptopek mówi po naszemu a
Volke ani słowa po polsku. Kontaktowal się był nawet z kolega po fachu…kolega
Polak…hihiiii…Tak teraz myslę…czy Volke nie mógł przyjść z kolegą? Byłoby
łatwiej J.Oczywiście Volke się
zapowiedział pani Danke telefonicznie. Co w czwartym dniu mego pobytu (jeszcze
nie doszłam do siebie) było raczej niewskazane.
Pani Danke jak zwykle
zapowiedziała, że nie będzie spala po obiedzie…ale ja wiedziałam już, ze
magiczny fotel „ulula” ja do snu. I było mi wszystko jedno gdzie śpi pani
Danke. Wazne że spała…jak należy 2 godziny.
Przed wizyta wnuka
pani Danke poprosiła, żebym przyniosła Weiß Tasche. Ocho – myśle- będzie
wypłata. Pani Danke w białej torebce trzyma portfel. Zawsze jak przychodzi ktos
z rodziny…Hos, wnuki czy synowa, pani Danke prosi o te własnie torebke. A potem
po wizycie następuje …ja to tak nazywam…”zwrot kosztów”…Ja wiem ze w tej chwili
jestem złośliwa, ale nie rozumiem….nie rozumiem dlaczego nikt się nie
sprzeciwia. Naturalną dla mnie rzeczą jest , że w takiej chwili odmawiam,
mówiąc, że przysząłm do pani Danke, bo chciałam przyjść do niej a nie po jej
pieniądze. Ale widocznie taki tu obyczaj. No i chyba rozumiem teraz dlaczego
kolega po fachu nie mógł przyjść…no dobra…teraz przegięłam w swej złośliwości J
Po ok. godzinie Volke
z duma powiedział ze Internet działa. Ale….Ludkowie mili! To co usłyszałam żwalnia
mnie z poczucia winy o złośliwość.
- Już dziala –
powiedział Naród- Ale Johana, jeśli moja babcia będzie przez niego zaniedbywana
to ci go odłaczę.
Matko jedyna! Jak ja
się wkurzyłam! To za mało powiedziane ale jak mnie nerw dopadł! Po usłyszeniu
tych słow natychmiast wstałam (na psychologii się uczyłam, ze w dyskusji nagła
zmiana pozycji wywiera skutek) i powiedziałam, chyba za głosno niż powinnam ale
trudno.
- Volke. Jestem już
duża. Wiem co jest najważniejsze w mojej pracy. A Internet jest jedynym moim
kontaktem z rodziną, bo połączeń z Polską tu nie mam. Poza tym, moim pracodawcą
jest Rozi. I to jej polecenia i uwagi są dla mnie najważniejsze. To z Rozi
omawiam warunki swojej pracy.
Volke zrobił wielkie
oczy(stałam powyżej jego poziomu…patrzyłam z góry na niego) wykrztusił „Entschuldigung”
i wstał, pożegnał się z babcią (inkasując kasę) i wyszedł.
Pani Danke popatrzyła
na mnie z uśmiechem…
- Johana …dobrze ze
jesteś. Czy jutro zrobisz na obiad Sauerkraut?
Pewno że zrobie J Nerw odpłynął w niebyt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
