Jak tak się
zastanawiam to nigdy nie byłam sama J. Pomimo częstych chwil, w których odczuwalam brak zrozumienia, uczucie
osamotnienia w tym co mysle, o czym marzę. Zawsze jednak był i jest „Szef”, jak
mawial ks. Witold. Codziennie niemal odczuwam Jego obecność. O działaniu nie
wspomnę J Niekiedy mam wrażenie,że oddala się na chwile. Ale myslę , że to po to,
żeby mnie postawic do pionu J Żebym się zatrzymała w gonitwie mysli „zrobie to sama”. Niemniej kiedy
tylko zobacze że nie dam rady sama – wołam Go – i On przychodzi J Tak naprawdę to nigdy się nie oddalił. Tak naprawde
to On czekał aż zawołam J
Ale….pomimo tego, w
tym obcym kraju, tak po ludzku brakuje mi kogos z kim mogłabym usiąść na werandzie,
czy gdziekolwiek, wypić kawe Ala Angela Merkel (Niemcy takiej nie pija) i
najzwyczajniej w świecie pogadać o niczym. Pogadać w ludzkim języku, czyli po
polsku. Nie domyślać się, nie plątać i wreszcie wyrzucic z siebie potok słów
bez stresu . Oczywiście rozmawiam ze sobą ale na dluższą mete to może grozić
chorobą przecież. Bynajmniej nie fizyczną.
I oto któregos dnia
przyszedł Stefan. Jak zwykle wesoły, jak zwykle pokłócił się z pania Danke w
łazienc i, jak zwykle ja nic nie zrozumiałam J
Kiedy wychodzil
powiedział że dzis ktos do mnie zadzwoni.
- Kto? – pytam
- Niespodzianka – mówi
ze smiechem – Do zobaczenia wieczorem.
I uciekł. I od tego
momentu w mojej głowie przesuwaly się rózne scenariusze. Nie znam nikogo tu
oprócz sąsiadów pani Danke i jej rodziny. No jeszcze pani w sklepie Edeka i ta
Polka w Aldiku. Ale oni nie muszą do mnie dzwonić a poza tym co to by była za
niespodzianka? Jak Stefan przydzie wieczorem to taką burę ode mnie dostanie,że
hej. O serniku może zapomniec!
W południe, kiedy
kończyłam obiad, usłyszałam dźwięk telefonu. Pani Danke odebrala mówiąc swoim
słodkim glosem nr „tysiącpięćsetstodziewięćset”:
- Hallooo???
Jakąs chwile
rozmawiala, po czym zawołała:
- Johaaaanaaa! Ktos do
ciebie!
Zdziwiona i
niezdziwiona odbieram słuchawke z rąk pani Danke i mówię niepewnym głosem
- Bitte.
Po drugiej stronie
słysze w „ludzkim języku”:
- Witam. Nazywam się
Ola. Pracuję u pani K. po drugiej stronie ulicy. Możemy się spotkać?.
W głowie mi
zawirowało. Matko jedyna! Rodaczka na czubku góry! Po drugiej stronie ulicy! I
chce się ze mną spotkać! Mój Boże! Jak Ty to robisz?! No dobra…nie pytam. Wiem.
Ale…akurat na to zupełnie nie liczyłam J
Umowiłyśmy się na
godzinę 15tą. Ola może się wyrwac w tym czasie na 20 min .Mogłaby wczesniej ale
pani Danke kategorycznie zaprosiła ją na kawę.Ciekawska jedna J
O ustalonej godzinie
wyszłam przed brame i zobaczyłam jak z górki na czubku góry, do dankowego lochu
schodzi kobieta wesoło machając mi reką. Była mojego wzrostu, krótkie, bląd
włosy i…poczulam….że się znamy od zawsze. Mało się nie rozpłakałam ze
wzruszenia.
Zaprosiłam Olę na
werande gdzie czekała już pani Danke, kawa i sernik.
Chociaz Ola przyszła
do mnie to pani Danke sobie Olę w jasyr wzięła od samego początku. Ola bardzo
dobrze mówi po niemiecku. Od 5 lat już pracuje w Niemczech. Dużo sobie nie
pogadałyśmy ale umówiłyśmy się na następny dzień, kiedy obie nasze podopieczne
będą spały. Pogoda jest piekna i można posiedzieć w ogrodzie. Żegnałyśmy się
jak bardzo dobre znajome, chociaż niewiele o sobie wiemy jeszcze. Ola będzie tu
do czerwca.. Mamy maj. Potem ma ją zmienić kolezanka.Jak pięknie!
Wieczorem, kiedy
przyszedł Stefan, z uśmiechem podałam mu podwójna porcje sernika. Stefan o nic nie
pytał. Nie musiał. Czułam się jakby ktos mnie unosił. I chyba na taka
wyglądałam. Jak dodam do tego dzien bez biegunki to powiem że to był wspaniały
dzien.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz