Translate

sobota, 23 sierpnia 2014

DZIEŃ TRZECI...myślałam że ostatni

Rano nie chciało mi sie wstac...Dobrze było poleżeć bez zobowiązan. Pogoda w miarę znośna chociaż
 zimno...cóz listopad. Postanowilam że zacznę od zwiedzania. Najpierw domu a potem okolicy. Na 18ta
ide do kościoła a potem na imprezę. Oknami i weranda zajme sie jutro.
A więc dom...8 pokoi, 3 łazienki kuchnia i piwnica. No to ostatnie pomieszczenie trudno nazwac piwnicą.
To taka komórka na parterze. Ale gdzie tu jest parter? Bo dom zudowano na zboczu...zresztą wszystkie
 domy tu takie są. I od ulicy wchodzisz do domu i jest parter ale sa schody w dół do pokoi które wychodzą
 na ogród i tam też jest parter.
Jeszcze raz patrze na zdjęcia starego Wrocławia...czarno-białe i juz nieco pożółkłe. W salonie na górze
 niespodzianka. Autentyczne organy elektryczne. Ciekawe kto gra? Pani Emilia? Nie mogę się
 powstrzymac. Otwieram i...zonk...karteczka że nie wolno ruszać. Dla mnie ta kartka? No to nie ruszam.
 Z westchnieniem ruszam na dół.










Własciwie to jeszcze sie nie rozpakowałam. Właczyłam radio i zajęłam sie układaniem na półkach swojego
 dobytku. Kiedy dotarłam do nici i tamborka moje ropakowywanie sie skonczyło :) Usiadłam w fotelu na
dole, w TV cos grali i tak wyszywałam swoją Charity. Nawet sie nie spostrzegłam że powinnam wychodzic.
O 17,30 wyszłam z domu. I tu zaczyna sie początek mojego horroru.
Niemal zbiegłam na dół trzymając sie poreczy przy chodniku, tak jest stromo. Zatrzymałam sie na dole i
teraz w którą strone mam iść? Wieża kościoła była po prawej więc ide. 10....15...20 min a kościoła nie
 widać. Za to droga zaczyna sie piąc w górę. Co jest? Kościol jest na dole. Zawracam. Znowu ide dłuższą
 chwile i teraz kieruję sie na lewo. Znowu 10...15...20 min ide a tu zamiast kościoła Aldi i Edeka. No dobra
 nasza chociaz wiem jak do sklepu dojsc. Ide wiec dalej...wchodze do miasteczka. A w tym miasteczku
 znowu ulice w prawo i w lewo, w góre i w dół. Patrze na zegarek...no tak...ksiądz juz daje
błogosławienstwo...juz prawie półtorej godziny chodze...na domiar złego zrobilo sie ciemno. Kwiaciarni tez
 nie znalazłam. Wracam do domu. Tylko...Matko jedyna jak do tego domu trafie. Kreciłam sie w kółko i nie
 wiem skąd przyszłam. Decyduję sie na odwrót...po jakims czasie dostrzegam Edekę. No to teraz juz
wiem, oddycham z ulgą. Na krótko. Za sklepami rozwidlenie. No i znowu proble w która stronę. Byle w
górę. Ide...juz godzine i ciągle nie mogę trafic. W akcie rozpaczy chwytam, komórke i dzwonie...do Żabka.
 No idiotyczne zachowanie bo on tym bardziej mi nie pomoże. Żabek przerażony zaczyna mi mówic żebym
 zapytała kogoś. Kogo?! Przecież tu nikogo nie ma. Pusto. No to mam policję wzywać. Nie znam nr
 telefonu. Postraszył mnie że mnie ktos napadnie. Rozłaczyłam sie mówiąc ze jak bede w domu to się
 odezwe, a jak nie to niech Interpol wzywa. I na co ja liczyłam?
Dochodze do jakiejs ulicy która biegnie niemal pionowo. Na koncu ....tylko niebo. Boże...ja chce do nieba
 ale nie teraz. Chcę do domuuu!!!
Nic to...zaczynam sie wspinac. Juz płuca mam na wierzchu ale ide...jak na koncu nic nie bedzie to sie
położe na ulicy i tak zostanę. Najwyżej na d ranem ktoś mnie znajdzie.
Kiedy wreszcie sie wdrapalam zobaczyłam drogowskaz z nazwą mojej ulicy. Musiałam przykucnąc tak sie wzruszyłam...płakać mi sie chciało ze szczęścia. Byłam wyczerpana, zziebnięta i głodna.Błakałam sie
4 godziny.
W domu wypiłam gorącą herbatę...ochlapałam w łazience i ległam jak nieżywa na łóżku. Miałam dość.
Ostatkiem sił wysłałam sms do Żabka ze jestem bezpieczna.
Dzis wstałam polamana...jak ja sobie poradze z tymi oknami? Bylo wczoraj to zrobic...ech życie


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz