Rano nie chciało mi sie
wstac...Dobrze było poleżeć bez zobowiązan. Pogoda w miarę znośna chociaż
zimno...cóz listopad. Postanowilam że zacznę
od zwiedzania. Najpierw domu a potem okolicy. Na 18ta
ide do kościoła a potem na
imprezę. Oknami i weranda zajme sie jutro.
A więc dom...8 pokoi, 3 łazienki
kuchnia i piwnica. No to ostatnie pomieszczenie trudno nazwac piwnicą.
To taka komórka na parterze. Ale
gdzie tu jest parter? Bo dom zudowano na zboczu...zresztą wszystkie
domy tu takie są. I od ulicy wchodzisz do domu
i jest parter ale sa schody w dół do pokoi które wychodzą
na ogród i tam też jest parter.
Jeszcze raz patrze na zdjęcia
starego Wrocławia...czarno-białe i juz nieco pożółkłe. W salonie na górze
niespodzianka. Autentyczne organy elektryczne.
Ciekawe kto gra? Pani Emilia? Nie mogę się
powstrzymac. Otwieram i...zonk...karteczka że
nie wolno ruszać. Dla mnie ta kartka? No to nie ruszam.
Własciwie to jeszcze sie nie
rozpakowałam. Właczyłam radio i zajęłam sie układaniem na półkach swojego
dobytku. Kiedy dotarłam do nici i tamborka
moje ropakowywanie sie skonczyło :) Usiadłam w fotelu na
dole, w TV cos grali i tak
wyszywałam swoją Charity. Nawet sie nie spostrzegłam że powinnam wychodzic.
O 17,30 wyszłam z domu. I tu
zaczyna sie początek mojego horroru.
Niemal zbiegłam na dół trzymając
sie poreczy przy chodniku, tak jest stromo. Zatrzymałam sie na dole i
teraz w którą strone mam iść?
Wieża kościoła była po prawej więc ide. 10....15...20 min a kościoła nie
widać. Za to droga zaczyna sie piąc w górę. Co
jest? Kościol jest na dole. Zawracam. Znowu ide dłuższą
chwile i teraz kieruję sie na lewo. Znowu
10...15...20 min ide a tu zamiast kościoła Aldi i Edeka. No dobra
nasza chociaz wiem jak do sklepu dojsc. Ide
wiec dalej...wchodze do miasteczka. A w tym miasteczku
znowu ulice w prawo i w lewo, w góre i w dół.
Patrze na zegarek...no tak...ksiądz juz daje
błogosławienstwo...juz prawie
półtorej godziny chodze...na domiar złego zrobilo sie ciemno. Kwiaciarni tez
nie znalazłam. Wracam do domu. Tylko...Matko
jedyna jak do tego domu trafie. Kreciłam sie w kółko i nie
wiem skąd przyszłam. Decyduję sie na
odwrót...po jakims czasie dostrzegam Edekę. No to teraz juz
wiem, oddycham z ulgą. Na krótko.
Za sklepami rozwidlenie. No i znowu proble w która stronę. Byle w
górę. Ide...juz godzine i ciągle
nie mogę trafic. W akcie rozpaczy chwytam, komórke i dzwonie...do Żabka.
No idiotyczne zachowanie bo on tym bardziej mi
nie pomoże. Żabek przerażony zaczyna mi mówic żebym
zapytała kogoś. Kogo?! Przecież tu nikogo nie
ma. Pusto. No to mam policję wzywać. Nie znam nr
telefonu. Postraszył mnie że mnie ktos
napadnie. Rozłaczyłam sie mówiąc ze jak bede w domu to się
odezwe, a jak nie to niech Interpol wzywa. I
na co ja liczyłam?
Dochodze do jakiejs ulicy która
biegnie niemal pionowo. Na koncu ....tylko niebo. Boże...ja chce do nieba
ale nie teraz. Chcę do domuuu!!!
Nic to...zaczynam sie wspinac.
Juz płuca mam na wierzchu ale ide...jak na koncu nic nie bedzie to sie
położe na ulicy i tak zostanę.
Najwyżej na d ranem ktoś mnie znajdzie.
Kiedy wreszcie sie wdrapalam
zobaczyłam drogowskaz z nazwą mojej ulicy. Musiałam przykucnąc tak sie
wzruszyłam...płakać mi sie chciało ze szczęścia. Byłam wyczerpana, zziebnięta i
głodna.Błakałam sie
4 godziny.
W domu wypiłam gorącą
herbatę...ochlapałam w łazience i ległam jak nieżywa na łóżku. Miałam dość.
Ostatkiem sił wysłałam sms do
Żabka ze jestem bezpieczna.
Dzis wstałam polamana...jak ja
sobie poradze z tymi oknami? Bylo wczoraj to zrobic...ech życie



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz