- Wyjedziesz,
zarobisz i odpoczniesz przy okazji.- Tak powiedział Żabek, gdy namawiał mnie na
wyjazd. Byłam zła...poza tym po przejściach z teściową, wiedziałam dokładnie,
jaki jest "odpoczynek" przy chorej osobie w dodatku po wylewie. Nie
wierzyłam w te bajki, ale co miałam zrobić? Prawda, że tu inaczej sie
pracuje...ale czy łatwiej?
Plus, że jest pewien
rytm wg, którego toczy sie życie. Jest pomoc pflege, jest taki podnośnik w
wannie (teściowa we dwójkę wkładaliśmy do wanny, potem Żabek ją przytrzymywał a
ja myłam), jest olbrzymia łazienka, do której wjeżdża sie wózkiem...ale...co z
tego?
Minusy to obce dla
mnie kąty, język, z którym jest z każdym dniem lepiej, ale ciągle niedoskonale.
Jest brak kontaktu z domem...pisze listy...i czekam jak zbawienia na
listonosza. Dzwonie z komórki, ale nie mam na abonament i niedługo wyłączą
pewnie.
Ciężko mi dziś...w
dodatku...
...pierwsze dwa dni
sam na sam z panią Emi były zwyczajne...śniadanie, obiad, podwieczorek,
kolacja. Kiedy podałam pierwszy tu ugotowany obiad pani Emi przyjęła go z
piskiem radości. Dosłownie :) Przypominała dziecko i jego radość z nowej
zabawki. I żeby to było coś ekstra...:) Zwykłe mielone z marchewka na gęsto. No
ubawiła mnie bardzo. Ale kiedy zajrzałam do "piwnicy"...a potem
rozmawiałam z Johanem...juz sie nie dziwiłam. Pani Emi mieszkała po wylewie
sama. 5 razy dziennie przychodził ktoś z firmy pielęgniarskiej. Jedni myli,
ubierali, drudzy gotowali posiłki, jeszcze inni sprzątali. Poza tym pani Emi
była sama. Dopiero po operacji lekarz powiedział, że nie może sama
funkcjonować. Teraz juz wiem, dlaczego i jestem przerażona. Tego sie nie
spodziewałam...a powinnam? Skoro nikt mnie nie uprzedził?
Moje
"Eldorado" zaczęło sie dwa dni temu...pani Emi zawołała mnie, że chce
do toalety. No to pomogłam jej wstać z fotela i idziemy a ona w krzyk, że
szybciej. No tak - myślę sobie- ja mogę szybciej, ale ona na pewno nie. Nie
zdążyłyśmy...biegunka rozlała sie po całej łazience. Nie wiedziałam, co
najpierw łapać. Spodnie? Panią Emilie? Za każdym razem łapałam biegunkę. W
dodatku pani Emilia nosie pielucho majtki. Bardzo wygodne, gdy ktoś nie ma problemu,
ale w takiej sytuacji bardzo niewygodne. Szybkim ruchem rozerwałam majtki, ale
cała zawartość sie wylała na podłogę. Musiałam wszystko zmienić, bo podkoszulek
tez był brudny. Podczas kiedy pani Emi siedziała na kibelku ja tak z grubsza
ogarnęłam bałagan na podłodze a potem zajęłam sie myciem i ubieraniem pani
Emilii. Zdarza sie myślę...chyba cos jej zaszkodziło trzeba wprowadzić dietę.
Jutro nic smażonego.
Niestety..."wypadki"
w ciągu tego dnia powtórzyły sie czterokrotnie. Bliska załamaniu powiedziałam o
tym Johanowi. On zaprowadził mnie do "piwnicy" gdzie były leki i
podał zielone saszetki. Ten "pulwer" mam podawać...i jeszcze ważna
wiadomość. Że po takiej operacji to jest normalne. NORMALNE!!! Mało nie
zemdlałam. Drugi dzien. "poinformował" mnie zapachem juz rano w
sypialni. To, co zastałam przeszło moje wyobrażenie. Zakasałam rękawy i
zaczęłam "porządki". Kiedy przyszedł Stefan nie było ani śladu po
katastrofie...
Dziś też jest to
samo...wszędzie biegunka...juz nie mam siły...acha...mam uważać żeby sie nie
odwodniła. Nie ma z tym problemu, bo pani Emilia naprawdę dużo pije. Zapisuje
ilość wypitych kubków po 250ml...mam wtedy mniej więcej jako taki obraz. W
kalendarzu zapisuje tez ilość "katastrof"...to juz dla Rozi jak
przyjedzie.
Póki co nie mogę jeść...jest
mi niedobrze....pani Emi płacze a ja razem z nią tylko tak żeby nie widziała.
Co robić? Zadzwoniłam
do siostry (jest pielęgniarką) Jabłko, śliwki...i żadnego ziarnistego chleba.
Ok będziemy próbować.
Pani Emi juz śpi...to
prawda, co powiedział Johan...nie budzi mnie w nocy, ale ja i tak nie śpię, bo
juz nerwy mam w strzępach. Jak tak dalej pójdzie to zejdę pierwsza...przed
panią Emilią...A na grobie napiszą, co? Ze zabiła ją biegunka?!
Boże mój...ja Cię
bardzo, ale to bardzo proszę ..pomóż mi sobie z tym poradzic.Ja wiem, że
doświadczasz mnie...ale czy to musi byc takie "doświadczenie"?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz