Translate

niedziela, 28 grudnia 2014

Koniec?

Nieee :) To na razie koniec.Komu moje opowiesci przypadły do gustu, komu gębula się choc raz usmiechnęła, kto choć raz łezkę uronił...Bóg zapłać wielkie :) A kto chce wiedzieć co dalej u pani Danke i pani Bitte to musi poczekac na wersje książkową :) niebawem jak Bóg pozwoli się ukaże :) Więc do poczytania, moi wierni internautowi czytacze :)

niedziela, 24 sierpnia 2014

Junooo! Trefen i…”Słowo Ciałem się stało”

Od dłuższego czasu pani Danke przeprowadza dłuuugie rozmowy przez telefon w sprawie „Spotkania wypędzonych”. Rozmowy są długie a pani Bitte (czyli ja) ma dłuuugie chwile spokoju. Bo o dziwo Durchfall w tym czasie chyba również uczestniczy w tych rozmowach. Czyżby tez z tych wypędzonych był? Ja go przepedzam codziennie zielonymi kapsułkami a on powraca z uporem maniaka.
Spotkanie ma się odbyć w Hanowerze. Rozmawialam na ten temat z Rozi przed paroma miesiącami i wtedy była bardzo sceptyczna. Mówiła że to za wcześnie aby cokolwiek planować. Ale pani Danke planowała i swój plan chyba zrealizuje. Teraz bowiem dowiedziałam się od Rozi że w przyszłym tygodniu przyjeżdża koleżanka-wygnanka pani Danke w sprawie organizacji „Schlesiern treffen „
Koleżanka- wygnanka będzie trzy dni. Trochę mnie to przeraziło ale Rozi uspokoiła mnie że ja mam się zajmowac tylko jej mamą a nie jej gościem. Rozi będzie w tym czasie machać sobie urlop. No i dobrze.
W związku z przyjazdem koleżanki-wygnanki Rozi zapytała czy mogę przygotowac swój pokój na jej przyjazd. Pokój jest przygotowany bo nieużywany. Zostaje tylko umyc okna.
No i dowiedziałam się wczoraj że moje kochane Pflege będą przychodzić tylko rano i tylko od poniedziałku do piątku. Wieczorami i w weekend ja będę się panią Danke zajmować. Dziwnym zbiegiem okoliczności ta informacja nastąpila bezpośrednio po wizycie koordynatora.
No cóż…
Ale w swej obrzydliwej złośliwości zapytałam Rozi „Dlaczego?”
- Wiesz, dni są coraz dłuższe. To śmieszne żeby mama szła spać o 20tej kiedy jeszcze słonce świeci.

Pewno i racja. Tylko…do tej pory to nie było śmieszne. To było normalne.
- A co na to Diakonia? – pytam dalej złośliwie złośliwa.
- No cóż – odpowiada Rozi – płacze.
- Dlaczego?
- Bo mniej pieniędzy zarobią – odpowiada Rozi ze śmiechem
I tu moja złośliwość dosięgła szczytu…ale się ostatkiem sil pohamowałam.
Już na samym końcu języka miałam pytanie:
- A czy ja przez to więcej zarobię?
No oczywiście. Nie zarobię. I dlatego nie zapytałam.
 No więc jedziemy 22go czerwca prawdopodobnie. No nic…na razie dość myślenia o tym. Są ważniejsze sprawy. Moja córka zdaje właśnie maturę. Anieli wszyscy…ja wiem że jest mądra i zdolna. Ale na egzaminach 50% powodzenia to szczęście. Więc proszę o te 50%. Ona jest tego warta.



Raz , dwa, trzy….rolatorek trzymasz ty.

O ile propozycja lekarza, a właściwie jego sugestia, w sprawie mojego pozostania była słuszna, to niemniej „podarowanie” mi kuli było kosmicznym nieporozumieniem. Nagle zdałam sobie sprawę, że aby moc się nimi posługiwac, najpierw trzeba się nauczyć chodzić.
Ale po kolei…Otóż specjalnie napisałam „podarowane” w cudzysłowiu bo po trzech dniach listonosz przyniósł mi …UWAGA…rachunek za wypożyczenie kuli (szt.2). Całe 36 euro! Zapłacić w ciągu 14 dni. Dobra ale jak zapłacić skoro w „portmoni” tylko służbowe a prywatnych od Rozi za mało.
Byłam bardzo zmartwiona. To zmartwienie musiało wymalować na mojej twarzy piękny meikap. Tak piękny że Edit, która właśnie wtym dniu przyjechała, od progu zapytała co się stało. W milczeniu podałam jej kopertę. Edit uważnie studiowała rachunek po czym schowała do kieszeni. Na mój zdziwiony wzrok odpowiedziała:
- Dziś jadę właśnie do diakonii -(Edit tam pracuje)- to po drodze wstąpię do szpitala i to załatwię. Nic się nie martw, nic nie będziesz płacic.

Po raz kolejny KTOŚ w odpowiednim czasie przysłał mi wsparcie J

Oczywiście Edit zabrała kule ze sobą. Sprawiały więcej kłopotu niż były pomocne. Dwa razy chcąc się przemieścic zaliczyłam podłogę i przyprawiłm tym prawie o zawał panią Danke. Z przerażeniem patrzyła jak zbierałam się do pionu. A potem równie przerażona patrzyła jak zamierzam gdzieś pójść. Tak więc dla jej dobra i jej spokoju ducha kuśtykałam bez kuli. Druga sprawa to chcąc np. przynieśc pani Danke herbatę brakowalo mi trzeciej ręki. Jedyne dwie jakie posiadam „zajmowały się” kulami.
Niemniej zauważyłam że jak prowadzę panią Dankę do toalety to idzie mi się nadzwyczaj dobrze. I nagle odkryłam! Ja się trzymałam kolatorka pani Danke. Tak więc kiedy pani Danke poleguje w magicznym fotelu ja śmigam z rolatorkiem niczym meserszmit J Problem zaczyna się wtedy kiedy pani Danke też chce meserszmitować. Wtedy zazwyczaj meserszmit ujemy razem.
Tabletki od pana doktora (szt.3) zużyłam w ciągu trzech następujących po sobie nocy. Ale teraz już mogę spać bo ból pojawia się tylko przy poruszaniu. Niemniej opanowałam technikę chodzenia. Wprawdzie przyjmuję pozycję paragrafu i wyglądać to musi komicznie ale co tam. Ważne że nie boli.
Ola często do mnei zagląda i nawet wykonuje te czynności, których nawer jako chodzący paragraf nie jestem w stanie wykonać (np. podlewanie kwiatów w ogrodzie).

W sobotę jak zwykle przyjechała Rozi. Jako że już jest ciepło to od czasu mojego przyjazdu co sobotę po obiedzie i drzemce pani Danke, jedziemy na kawę i ciasto do kawiarni. Do tej kawiarni przez 30 lat pani Danke wraz z mężem co niedziela jeździli właśnie na kawę.
Za pierwszym razem, kiedy miałyśmy jechac spytalam czy mogłabym zostac w domu. Rozi odparła że absolutnie nie gdyż ona sama nie da sobie rady z rolsztulem. No coż…w końcu ma rację…jestem tu do pracy.I własnie dlatego w ostatnią sobote nie zapytałam czy mogłabym zostać ze względu na moje wciąż bolące kolano. Mogłam usłyszeć , że skoro jestem niedysponowana to powinnam jechać do domu się leczyć. I to też byłaby racja. Ale mialam nadzieję że Rozi sama na to wpadnie że raczej marną pomocą dla niej będę w tym stanie. Niestety…święta naiwności…nie wpadła na to. Zapakowałysmy się więc i ruszyłyśmy. Na parkingu Rozi pomaga al wysiąść swojej mamie z auta a ja miałam się zająć wyjęciem wózka inwalidzkiego. Więc się zajęłam. Z takim skutkiem że chwyciwszy wózek źle stanęłam i poczułam tak potworny ból że zwalił mnie z nóg. Upadając pociągnęłam wózek ze sobą…jakiś durny odruch…i leżac na ziemi byłam dokladnie przykryta tym wózkiem. Rozi, która wyciągnęła już mamę z auta została w potrzasku. Bo nie może mi pomóc gdyż trzyma mamę. Jak puści mamę to mi pomoże ale pani Danke opadnie na ziemię. Na szczęście na parkingu było paru ludzi. Podbiegli do mnie i pomogli wstać. Rozi czerwona ze wsydu przepraszała i dziękowała moim wybawcom. No własnie…przepraszała ich…za co się pytam? Za mnie? Że opiekunka jej mamy jest w takim stanie że nie może wyjąc wózka z auta? Na mnie Rozi nie patrzyła. Potem przy kawie spytala czy już się dobrze czuję. No co miałam powiedzieć? Że muszę się dobrze czuć? Czy mi się podoba czy nie?
Dobra, konczę…za dużo żalu i złości się zbiera we mnie.

Jak będę dłużej pisać to suchej nitki na nikim nie zostawię. I na co mi to? Nikt i tak nie usłyszy a najwięcej szkody zrobię sobie…swoim nerwom i duszy. Idę się przejść po ogrodzie…popatrzeć w gwiazdy które są tu tak blisko że tylko rękę wyciągnąć…

Upadła Żaba

Teraz, gdy poznałam Olę, dni biegna wprawdzie tym samym rytmem, przeplatane częstymi wizytami Durchwalla. Ale… Uodpornilam się już . To niesamowite jak człowiek jest w stanie przywyknąc do ekstremalnych warunków. Naprawde mnie nie rusza. Durchwall tez jakby zrozumiał, ze nie wytraci już mnie z równowagi i daje wyraźne sygnały, dzieki którym obywa się bez przykrych niespodzianek. Inna sprawa że zaczęłam panią Danke „wysadzać” na kibelek co trzy godziny. Ten „rytmus” mocno Durchwalla trzyma w ryzach. Efekt jest taki,że wprawdzie jest ale trafia tam gdzie trzeba i pieluchomajtki są czyste.
Uwielbiam wieczory bo wtedy zwykle odwiedza mnie Ola i gadamy sobie bez konca siedząc na werandzie albo w ogrodzie. Powiedziałam Rozi, że mam koleżankę i że mnie odwiedza. Wole ją uprzedzić niżby sąsiedzi donieśli że obce osoby wpuszczam do domu. Niestety ja nie mogę odwiedzac Oli, chociaż mieszka dosłownie za płotem.
Dziś wlasnie umówiłyśmy się z Ola na wieczór. Dzien zapowiadał się spokojnie, pomijając dwie godziny na zakupy, które musze wykonac jak zwykle w sprinterskim tempie. No cóż. Te zakupy to niezła gimnastyka i chyba nie powinnam narzekac, zważywszy że siedze całymi dniami w domu…albo „lauferuje” niczym pani Danke po ogrodzie. Nie mówie tylko za każdym krokiem „links, links, raz dwa trzy..”
Przed obiadem zadzwoniła nachbarina pani Danke i się zapowiedziała…na dziś. Ludkowie mili! Już nie mogla lepszej pory sobie znaleźć?!
Pani Danke rozgorączkowana, jak zwykle odmówiła spania po obiedzie i…uwaga…naprawde nie spała. Usiadła w swoim magicznym fotelu i…Zaczęło się tango milonga.
- Johanaaa! Otwórz brame! (nachbarina jest zmotoryzowana)
- Johanaaa! Wyjrzyj czy nie idzie!
-Johanaaa! Czy drzwi są otwarte?
-Johanaaa! Zamknij lepiej drzwi bo ktoś wejdzie!
- Johanaaa! Chce do toalety!
- Johaanaaa! Podaj mi lusterko!
- Johanaaa! Daj mi Imodium! (zielone kapsułki, chociaż Durchwall był sbie już „dzień dobry” dzis powiedział)
Może i by nie było to takie uciążliwe, aczkolwiek nieco denerwujące, gdyby nie fakt, że byłyśmy na dole a drzwi wejściowe na górze. Biegałam więc po schodach tam i nazat jak kot z pęcherzem. Pani Danke w tym wszystkim natomiast zapomniała o wizycie syna.
Dzwonek do drzwi. Pani Danke wlączyła motorek magicznego fotela i….ziiiuuut. Podjechała do pozycji siedzącej wołając:
- Johanaaa! Otwóż drzwi!
Biegnę po raz setny na górę, otwieram drzwi a tu? Listonosz sobie stoi z szerokim uśmiechem na twarzy, szczęsliwy że aż mnie skręciło z zazdrości. Resztką siły i chęci odwzajemniłam uśmiech i zbiegłam na dół.Tylko weszłam do pokoju a znowu dzwonek do drzwi.
- Johanaaa! – zawołała pani Danke i tylko palcem wskazującym pokazala mi schody.
Jasne – myslę- teraz będziemy się komunikować na migi. Panią Danke boli gardło od tych wołąń a mnie nogi.
Nim dotarłam na góre drzwi się otworzyły i wszedł Hos. Zbiegłam więc na dół mając nadzieje że chwycę torbe i znikne nim pojawi się nachbarina. Hos tym razem będzie musiał się wszystkim zająć. Ubierając kurtke powiedziałam że przyjdzie pani X i już byłam w drzwiach, kiedy dzwonek znów zaryczał.
Ja to mam pecha, no! Nachbarina!
Jak pani Danke usłyszała to już nie mialam życia. Kawa, choc zrobiona, musiała być przeze mnie podana. Zdjęłam kurtke i pędzę na dół.
Nagle…W głowie słysze chrupot. Trzask! W oczach ciemność. I ból.Zrobiło mi się słabo. Chwytając się poręczy osunęłam się na ostani stopien schodów, którego w tej bieganinie nie zauważyłam, i usiadlam. Jak przez mgłę słyszę woalnia pani Danke. Nie mama siły odpowiedzieć. Na korytarz wyszedł Hos zaniepokojony moim milczeniem. A ja siedze na schodach i trzymam się za kolano. Probuje wstać. Nie da rady. Klapie chudym tyłeczkiem na stopień.
„chyba złamana, mój Boże” – mysle.
Poruszam palcami nogi…no ruszam czyli nie złamana. Wiec co jest? Ból powoli ustępuje. No dobra – mówie do siebie- koniec tego teatru. Ide po zakupy.
Stanęłam na nogi. Hos głośno odetchnął ale zaraz jęknął ze zmartwienia. Kiedy wstałam i próbowałam zrobic krok, ból mało mnie nie zwalił z nóg. Znowu trzymając się poręczy osunęłam się na stopien.
Jestem upadła Żaba – myślę – i tak chyba tu zostanę…poczekam na Stefana albo Johana (nie wiem który przyjdzie) a pani Danke ma Hosa i nachbarine to jakoś będzie. A jutro zobaczymy.
Niemniej Hos trwał przy mnie jak osobisty ochroniarz i powiedział że trzeba zawiadomic Rozi.
„Fajnie – mysle – przeciez oni ze sobą rozmawiają korespondencyjnie. Już chciałam mu poradzic żeby pocztą lotniczą wiadomośc wysłal, kiedy zobaczyłam że Hos chwyta za słuchawkę telefonu.
Normalny szok. Mimo bólu byłam bardzo ciekawa tej pierwszej, rejestrowanej przeze mnie rozmowy. Pomimo bólu śmiac mi się chciało…i chyba trochę z nerwów.
Hos faktycznie ZAWIADOMIŁ Rozi:
- Johana złamała noge. Co robić?
Ja? Złamałam? Jeszcze bardziej słabo mi się zrobilo. Ja chcę do domu! Ja chce ale wiem że nie mogę do domu! To jakiś koszmarny sen. Zaraz się obudzę i będzie dobrze. Ale się nie obudziłąm. Tkwię w tym śnie w dodatku coraz bardziej kolano boli. Co robic?.



Pierwsza myśl to Ola. Dzwonie do pani K Szczęściem odbiera Ola.
- Olu , skreciłam nogę. Hos mówi ze złamana. Palcami ruszam, ale spuchła i puchnie nadal. Boję się.
Ola powiedziała że natychmiast przyjdzie. Faktycznie. Po niecałych 2-3 min zdyszana wpadła do domu (drzwi werandy były otwarte). Obejrzała noge i stwierdziła że chyba zwichnięcie ale trzeba do lekarza.
Fajnie – myslę- z górki to na wózek od zakupów wsiądę i jakoś zjadę. Ale 12 km do Kassel to na tym rozbiegu nie dociągnę!
Kiedy tak medytowałyśmy czy może pogotowie wezwać, przed dom z piskiem opon zajechał samochód. Ola wyszła zobaczyc a tu pan R. Mój osobisty, niemiecki koordynator zajechał. Rozi po dramatycznej informacji Hosa, natychmiast zadzwoniła do pana R.
Komiczna sytuacja. Ja leże na łóżku, pani Danke w swoim magicznym fotelu, Hos (szczęśliwy że tyle ludzi do pomocy dłubie grabkami w ogródku) a nachbarina w niezbyt komfortowej sytuacji, bo nie wie co ma robic. Uciekać czy zostać i pomóc.
A Ola i pan R. Nade mną debatują co robić…ze mną. Pan R. w koncu mówi:
- Johana. Albo jedziesz do domu, albo do szpitala.
Fajnie! Ja do domu! Z nogą bezfunkcyjną! Niespakowana bo nie mam siły się spakować!
- Do szpitala! – wołam- Nim pojade do domu muszę wiedzieć co sobie uszkodzilam!
Pan R. pakuje mnie do samochodu i jedziemy na ostry dyżur.
Przed szpitalem każe mi siedzieć a sam wbiega do szpitala. Za chwile wylatują pielęgniarze z wózkiem inwalidzkim. Normalnie czuję się jak prezydentowa. Zostaję wwieziona do środka. Tam już wszystko wiedzą bo pan R. opowiedział Wjeżdżam do gabinetu lekarza. On mnie wypytuje co się stało. Ja opowiadam, jak potrafię, troche na migi co się wydarzyło. Lekarz kieruje mnie na RG. A tam baaardzo niesympatyczna pani prawie wrzeszcząć na mnie kazała się położyć na łóżku, potem usiąść a potem….Matko! Tak mi zgięła nogę w kolanie że gwiazdy zobaczyłam. Jak nie ryknę z bólu, jak nie zawyję. Nagle…Drzwi się otwierają i wpada lekarz.
- Co się dzieje?! – krzyczy
- Pacjentka nie rozumie – mówi pigulara jedna
A ja w tej samej pozycji co mnie „pigulara” zgięła płaczę i nie mam siły zrobić żadnego ruchu.
Lekarza wściekły kazał „pigule” się wynosić. Sam zrobil zdjęcia. Był bardzo delikatny ale mnie już było wszystko jedno. Ból był tak ogromny,że zawładnął nie tylko moim ciałem ale i duszą. Lekarza słyszałam jak przez ścianę…widziałam jak przez mgłę.
Potem 15 min czekania na zdjęcia. Lekarz wychodzi z gabinetu i prosi mnie do środka.
- Niech się pani nie martwi, to tylko skręcenie kolana.
Oddycham z ulgą ale boli strasznie.
- Czy mam zostać w szpitalu? – pytam
Nie wiem jak wyglądałam ale lekarz spojrzał na mnie współczującym wzrokiem i spytał:
- A chiałaby pani?
Pewno że bym chciała…poleżeć sobie, odpocząć…Spuściąłm głowe i odpowiedziałam:
- Nie.
Ja nie wiem co lekarz wiedział. Nie mówiłam mu że pracuję jako opiekunka. Może się domyślił. Dał mi trzy tabletki Venonutonu (tylko na recepte bo bardzo silna dawka) zabandażował kolano dając okład z jakieś maści i powiedział żebym przez dwa tygodnie oszczędzała lewą nogę. Dał dwie kule.
Pięknie – myślę. Jak ja chodząc o dwoch kulach będę się opiekować panią Danke!
W drodze powrotnej pan R. cały czas mowił jakie mam szczęście że pracuję w firmie a nie „na czarno” , że taka super opieka itd.
Zgadzam się z nim ale ….
Po powrocie Hos przywitał mnie tak wylewnie że mnie zatkalo. Prawie ze łzami w oczach cieszył się że wrociłam cała. I na ten tychmiast wylecial z domu jakby się paliło. I tak jestem mu wdzięczna, bo został ze swoją mamą do mojego powrotu. Nachbarina była się ewakuowała wcześniej. Ola zadzwoniła dopytując o moje zdrowie i czy może pomoc. Przeciez ona też pracuje. Powiedziałam że daję na razie radę.
Teraz jest 2ga w nocy. Ból kolana doprowadza mnie do szału. Chyba wezmę tę tabletkę. Pani Danke śpi spokojnie. Stefan był mocno zaniepokojony ale powiedział że w razie gdybym czuła się źle to mam zadzwonić. Przyjedzie „priwat” tak z serca, jak powiedział. Kochany Stefan. Wieczorem zadzwonił Johan.
- Stefan mi powiedział o twoim wypadku – mówi – Kiedy będziesz potrzebowała pomocy możesz na mnie liczyć. O każdej porze.
Boże! Po raz kolejny dziękuję. Za Twoją pomoc. Za tych ludzi, których stawiasz na mojej drodze.
A ta pani z rentgena…może miała zły dzień…może problemy…nie jestem na nią zła. I Ty chyba też, prawda?


Nie jestem sama

Jak tak się zastanawiam to nigdy nie byłam sama J. Pomimo częstych chwil, w których odczuwalam brak zrozumienia, uczucie osamotnienia w tym co mysle, o czym marzę. Zawsze jednak był i jest „Szef”, jak mawial ks. Witold. Codziennie niemal odczuwam Jego obecność. O działaniu nie wspomnę J Niekiedy mam wrażenie,że oddala się na chwile. Ale myslę , że to po to, żeby mnie postawic do pionu J Żebym się zatrzymała w gonitwie mysli „zrobie to sama”. Niemniej kiedy tylko zobacze że nie dam rady sama – wołam Go – i On przychodzi J Tak naprawdę to nigdy się nie oddalił. Tak naprawde to On czekał aż zawołam J
Ale….pomimo tego, w tym obcym kraju, tak po ludzku brakuje mi kogos z kim mogłabym usiąść na werandzie, czy gdziekolwiek, wypić kawe Ala Angela Merkel (Niemcy takiej nie pija) i najzwyczajniej w świecie pogadać o niczym. Pogadać w ludzkim języku, czyli po polsku. Nie domyślać się, nie plątać i wreszcie wyrzucic z siebie potok słów bez stresu . Oczywiście rozmawiam ze sobą ale na dluższą mete to może grozić chorobą przecież. Bynajmniej nie fizyczną.
I oto któregos dnia przyszedł Stefan. Jak zwykle wesoły, jak zwykle pokłócił się z pania Danke w łazienc i, jak zwykle ja nic nie zrozumiałam J
Kiedy wychodzil powiedział że dzis ktos do mnie zadzwoni.
- Kto? – pytam
- Niespodzianka – mówi ze smiechem – Do zobaczenia wieczorem.
I uciekł. I od tego momentu w mojej głowie przesuwaly się rózne scenariusze. Nie znam nikogo tu oprócz sąsiadów pani Danke i jej rodziny. No jeszcze pani w sklepie Edeka i ta Polka w Aldiku. Ale oni nie muszą do mnie dzwonić a poza tym co to by była za niespodzianka? Jak Stefan przydzie wieczorem to taką burę ode mnie dostanie,że hej. O serniku może zapomniec!
W południe, kiedy kończyłam obiad, usłyszałam dźwięk telefonu. Pani Danke odebrala mówiąc swoim słodkim glosem nr „tysiącpięćsetstodziewięćset”:
- Hallooo???
Jakąs chwile rozmawiala, po czym zawołała:
- Johaaaanaaa! Ktos do ciebie!
Zdziwiona i niezdziwiona odbieram słuchawke z rąk pani Danke i mówię niepewnym głosem
- Bitte.
Po drugiej stronie słysze w „ludzkim języku”:
- Witam. Nazywam się Ola. Pracuję u pani K. po drugiej stronie ulicy. Możemy się spotkać?.
W głowie mi zawirowało. Matko jedyna! Rodaczka na czubku góry! Po drugiej stronie ulicy! I chce się ze mną spotkać! Mój Boże! Jak Ty to robisz?! No dobra…nie pytam. Wiem. Ale…akurat na to zupełnie nie liczyłam J
Umowiłyśmy się na godzinę 15tą. Ola może się wyrwac w tym czasie na 20 min .Mogłaby wczesniej ale pani Danke kategorycznie zaprosiła ją na kawę.Ciekawska jedna J
O ustalonej godzinie wyszłam przed brame i zobaczyłam jak z górki na czubku góry, do dankowego lochu schodzi kobieta wesoło machając mi reką. Była mojego wzrostu, krótkie, bląd włosy i…poczulam….że się znamy od zawsze. Mało się nie rozpłakałam ze wzruszenia.
Zaprosiłam Olę na werande gdzie czekała już pani Danke, kawa i sernik.
Chociaz Ola przyszła do mnie to pani Danke sobie Olę w jasyr wzięła od samego początku. Ola bardzo dobrze mówi po niemiecku. Od 5 lat już pracuje w Niemczech. Dużo sobie nie pogadałyśmy ale umówiłyśmy się na następny dzień, kiedy obie nasze podopieczne będą spały. Pogoda jest piekna i można posiedzieć w ogrodzie. Żegnałyśmy się jak bardzo dobre znajome, chociaż niewiele o sobie wiemy jeszcze. Ola będzie tu do czerwca.. Mamy maj. Potem ma ją zmienić kolezanka.Jak pięknie!
Wieczorem, kiedy przyszedł Stefan, z uśmiechem podałam mu podwójna porcje sernika. Stefan o nic nie pytał. Nie musiał. Czułam się jakby ktos mnie unosił. I chyba na taka wyglądałam. Jak dodam do tego dzien bez biegunki to powiem że to był wspaniały dzien.



Ważny dzień

No i stało sie. Leżę w szpitalu juz dziesiąta godzine i ...nic. Magnolie za oknem, ptaszęta spiewaja, ciepło a ja kwitne przywiązana do aparatury i nudze sie okropnie. Juz nawet przestałam sie bac. Śnadanko zjadłam a teraz jestem o samej wodzie i w dodatku w ograniczonej ilosci. Jak tak dalej pójdzie to wyschne na wiór. Dla przyzwoitosci zaczęłam stękać. Ale po godzinie słysze:
-Jak ta kobieta cierpi, leży tu od rana i nikt nie chce jej pomóc.
A co mają mi pomagac ? W czym? W leżeniu?
Ale zrobiło mi sie głupio i przestałam udawac. No to słyszę.
- Siostro! - wola ktos- ta pani co lezy na koncu nie daje znaku życia. niech siostra do niej zajrzy.
No masz babo placek. Jak jęcze to niedobrze, jak nie jęczę to jeszcze gorzej. Spokojnie nie dadzą poleżec.
Zaczynam rozwiązywac krzyżówkę. Marnie idzie bo wsłuchuję się w odgłosy z aparatury.
Po 20-tej odgłosy zamilkły.I nagle obok mnie zrobiło sie zamieszanie. Siostra jedna, druga, nakladaja  mi maskę z tlenem ..."chyba coś niedobrze- myślę" Wszystko toczy się błyskawicznie. Mój lekarz juz jest i wjeżdżam na salę operacyjną.
- To ma być ciąża? - pyta zdumiona siostra na sali.
- Prawdopodobnie - odpowiadam
Potem tylko pamiętam jak lekarz mówi co własnie robi ale juz nie pmietam co i zapadam w ciemność.
Mam wrażenie że budzę się kilka razy
- Ma pani córke - słyszę - zdrowa.
Zaczyam płakać
- Tylko mi sie tu nie mazgaić proszę - to anestezjolog
- Tak jest - mówię
- No widać ża tatus był wojskowy.- anestezjolog ryczy ze śmiechu
Ciekawe ....skąd o wie że tata był żołnierzem?
*****
tak to było 19 lat temu. Dziecina wyrosła, jest samodzielna...prawie, zdobywa i jest zdobywana, szuka, gubi, psuje, próbuje , eksperymentuje., walczy...
Ktos mi napisał..
"
Taki los rodziców: wychować jak potrafią i… pobłogosławić na dorosłe życie! Łącznie z prawem do pomyłek i strat…
No dobra , ale moge czasem powzdychać do tych chwil kiedy była całkowicie ode mnie zalezna. taka malutka, bezbronna, i taka słodka....
Teraz jest piekna i zdolna.no i zdrowa Bogu dzięki :))


Internet

Hurrraaaa!!! Mam Internet! Stacjonarny…pełen wypas. Volke czyli  Naród…przyszedł dziś i zainstalował mi ten hit elektroniki swiatowej. Miał sporo problemow bo mój laptopek mówi po naszemu a Volke ani słowa po polsku. Kontaktowal się był nawet z kolega po fachu…kolega Polak…hihiiii…Tak teraz myslę…czy Volke nie mógł przyjść z kolegą? Byłoby łatwiej J.Oczywiście Volke się zapowiedział pani Danke telefonicznie. Co w czwartym dniu mego pobytu (jeszcze nie doszłam do siebie) było raczej niewskazane.
Pani Danke jak zwykle zapowiedziała, że nie będzie spala po obiedzie…ale ja wiedziałam już, ze magiczny fotel „ulula” ja do snu. I było mi wszystko jedno gdzie śpi pani Danke. Wazne że spała…jak należy 2 godziny.
Przed wizyta wnuka pani Danke poprosiła, żebym przyniosła Weiß Tasche. Ocho – myśle- będzie wypłata. Pani Danke w białej torebce trzyma portfel. Zawsze jak przychodzi ktos z rodziny…Hos, wnuki czy synowa, pani Danke prosi o te własnie torebke. A potem po wizycie następuje …ja to tak nazywam…”zwrot kosztów”…Ja wiem ze w tej chwili jestem złośliwa, ale nie rozumiem….nie rozumiem dlaczego nikt się nie sprzeciwia. Naturalną dla mnie rzeczą jest , że w takiej chwili odmawiam, mówiąc, że przysząłm do pani Danke, bo chciałam przyjść do niej a nie po jej pieniądze. Ale widocznie taki tu obyczaj. No i chyba rozumiem teraz dlaczego kolega po fachu nie mógł przyjść…no dobra…teraz przegięłam w swej złośliwości J
Po ok. godzinie Volke z duma powiedział ze Internet działa. Ale….Ludkowie mili! To co usłyszałam żwalnia mnie z poczucia winy o złośliwość.
- Już dziala – powiedział Naród- Ale Johana, jeśli moja babcia będzie przez niego zaniedbywana to ci go odłaczę.
Matko jedyna! Jak ja się wkurzyłam! To za mało powiedziane ale jak mnie nerw dopadł! Po usłyszeniu tych słow natychmiast wstałam (na psychologii się uczyłam, ze w dyskusji nagła zmiana pozycji wywiera skutek) i powiedziałam, chyba za głosno niż powinnam ale trudno.
- Volke. Jestem już duża. Wiem co jest najważniejsze w mojej pracy. A Internet jest jedynym moim kontaktem z rodziną, bo połączeń z Polską tu nie mam. Poza tym, moim pracodawcą jest Rozi. I to jej polecenia i uwagi są dla mnie najważniejsze. To z Rozi omawiam warunki swojej pracy.
Volke zrobił wielkie oczy(stałam powyżej jego poziomu…patrzyłam z góry na niego) wykrztusił „Entschuldigung” i wstał, pożegnał się z babcią (inkasując kasę) i wyszedł.
Pani Danke popatrzyła na mnie z uśmiechem…
- Johana …dobrze ze jesteś. Czy jutro zrobisz na obiad  Sauerkraut?
Pewno że zrobie J Nerw odpłynął w niebyt.


Powrót…

No cóż…jestem znowu na czubku góry…
Po ostatnich, bardzo nerwowych dniach w domu, koszmarnej podróży autobusem floty Sindbad…
…No nie ale w tym miejscu to pekam ze smiechu J) Flota Sindbada J Wieczny smiech. No bo ja chyba amfibia jechałam…z drugiej strony na amfibii nie ma pilotów więc może to był lotniskowiec J. Ludzie! Czy nie ma jakiegos innego okreslenia? No jest autobus i już. „Proszę nie używac komórek bo to może zakłócic komputer pokładowy” – Jak rany , no…a co się stanie? Trase zmieni? No i dowiedziałam się, ze jechałam na POKŁADZIE autobusu…dobrze ze nie na podłodze J
Wracając do tematu. Byłam wyczerpana. Te podróże mnie męczą strasznie. Na tydzień przed planowanym powrotem do Ahnatal, zadzwonilam do firmy. Tam mi pani grzecznie wyjaśniła , że jeszcze nic nie wiedzą i mam czekać na wiadomość (miałam jechac 17go kwietnia). Kiedy po trzech dniach nie było odzewu zadzwoniłam ponownie.
- Proszę czekac – powiedziala pani z firmy.
Matko jedyna ! Ale ja nie wiem czy się pakowac czy nie. Kiedy 15go znowu nie było wiadomości odwazyłam się napisać maila do pana R. Naprawde nie chciałam działać okrężnymi drogami. Pan R. po pół godzinie mi odpisał żebym się nie martwiła bo on skontaktuje się z firmą a firma ze mną. Ludkowie mili…firma wprawdzie się nie skontaktowala ale nastepnego dnia kurier przywiózł mi delegację i bilet. Już do nich nie dzwoniłam…bo i po co…niemniej utwierdzam się w przekonaniu że firma jest …delikatnie mówiąc bardzo niesolidna.
Przyjechałam do pani Danke o 7,00 J Pan R. tym razem nie bładził.
Tak teraz sobie mysle ….jakże inne uczucia towarzyszyły mi tym razem. Zero stresu…podejrzen o ewentualne porwanie…lepszy niemiecki i rozmawialam z panem R. całą droge zupełnie swobodnie. Po drodze pan R. zatrzymał się przy piekarni i zakupił bułeczki na niedanie. Miłe to, nie powiem.
Pani Danke jeszcze spała. Wjechalam ze swoja walizą do holu…Gosia akurat w łazience robiła makijaż. Marzyłam o kawie…ale musiałam sobie zrobic sama. No cóż…to żadna cięzka praca. Śniadanie też zrobiłam, bo Gosia kończyła się pakować. Pan R. wypił tylko kawę i pojechał. Rozi ma przyjechac o 10tej.
Śniadanie jadłam sama w salonie. Gosia pakując się mówiła że nie ma czasu bo o 11tej jedzie do Bohun…czy jakoś tak. Wpadła na chwile do kuchni i wskazała palcem na zlewozmywak.
Na jego dnie leżało „COŚ” do odmrożenia na obiad. Prostokątny , jasny kawałek CZEGOŚ sobie tam leżało.
- To na obiad – powiedziała Gosia i pokazala mi zapisane kartki na stole (tez palcem)
- Tu zapisywałam dzien po dniu co podawalam do jedzenia. Na sniadanie, obiad kolacje. Wszyscy byli zadowoleni.
- No dobrze – mówie – ale po co?
- No żeby wiedzieli co Emi je.
Zaglądam do lodowki…oj mizernie będzie …dobrze że Rozi dziś będzie to jej szepne co ma dokupic.
O 8,00 dzwonek do drzwi. Wchodzi Johan.
- Oooo! – woła- Johana! Jestes nareszcie!
Jest mi miło. Bardzo lubie tego młodego człowieka. No …to taki jest z sercem na dłoni.
Johan nakazał ruchem reki, żebym na razie nie schodziła i wszedł do sypialni pani Danke. W tym czasie Gosia opowiadała o swojej zepsutej walizce. Na moje pytania o stan pani Danke mówiła że wszystko było OK.
- To znaczy że biegunki już nie ma? – pytam
- No…od czasu do czasu – mówi Gosia – jak zapomne podac zielone kapsułki.
Czyli bez zmian – mysle sobie ale Gosi nie zawracam głowy. Tez ma Sajgon bo jedzie ze szteli na sztele(nowe słowo). To ze ma jechac do Bohun (czy jakoś tak) dowiedziała się wczoraj…cały czas myślała że tu zostanie jeszcze miesiąc. No Największa Firmo …masz u mnie plamę.
Johan z  panią Danke wyjechał był wlaśnie z łazienki :
- Jooohaaaanaaa!!!
To pani Danke z krzykiem radości jechała przez korytarz do pokoju. Matko. Jak się cieszyła. Normalnie mnie zatkało…ale było mi tez miło Po przywitaniu Johan zajął się swoimi czynnościami po czym sobie poszedł a pani Danke jadła śniadanie KONIECZNIE w moim towarzystwie. Gosia zniknęła na górzea a ja natomiast padałam na przysłowiowy”p…” czyli nos. Nie ma szansy żeby się przespać..no może po obiedzie ale będzie Rozi więc….zobaczymy.
W ogóle to rytm dnia został zkłócony…spodziewałam się tego. Pani Danke po śniadaniu nie zajęla się zwyczajowo lekturą gazety tylko rozmową ze mna. Wypytywala o rodzine, podroż i jej ukochany Breslau. I tu zrobiłam jej niespodziankę. Wprawdzie nie zrobiłam zdjęc jak to sobie obiecywałam ale przywiozłam album o Wrocławiu w wydaniu niemieckim. Stary i nowy Wrocław. Pani Danke ze wzruszeniem ogladała zdjęcia ale nie było szansy w tym czasie nawet na fajeczkę wyskoczyć. Musiałam być obecna i słuchać wspomnien pani Danke. W koncu powiedziałam ze jestem zmęczona i musze zrobic sobie jeszcze jedną kawe. Pani Danke ze zrozumieniem pokiwala głowa i powiedziała:
- Dobrze ale zaraz tu przyjdź.
W tym czasie zeszła Gosia. Powiedziaąłm że ide na werande zapalić a Gosia że też. I kiedy tak sobie stałyśmy a ja próbowałam cokolwiek się dowiedziec więcej usłyszałyśmy wołanie:
- Jooohaaanaa!
- Wola cię – mówi Gosia.
Matko , przeciez słyszę, myslę sobie a głosno mówie.
- Idź do pani Emi ja zaraz przyjde.
Kiedy parzyłam kawe do kuchni weszął Gosia.
- Ona chce do toalety.
- No to idź z panią Emi – ja nawet nie zdążyłam walizki do pokoju wstawic.
- Ale ona nie chce ze mną – mówi Gosia i poszła na góre. Mimo zmęczenia cisnienie mi skoczyła na maksa.Poszłam do pokoju a pani Danke z uśmiechem już stała przy balkoniku.
- Dlaczego nie chce pani iść z Gosią – pytam
Pani Danke z wyrazem szczęścia w oczach odpowiada:
- Bo ty przeciez jesteś.
No ręce, nogi i inne tam mi opadły. Już nawet nie chcialo mi się mówić. Zrezygnowana pomogłam pani Danke w toalecie. Pani Danke zaległa w swoim magicznym fotelu i nadzwyczajniej w świecie…zasnęła. Tyle mojego – mysle. Wyszlam na ogród…Jak tu pięknie …już krokusy i przebiśniegi przekwitaja na drzewach kwiecie…a na werandzie bluszcz pokrywa się liśćmi tworząc zieloną ściane…jak w tajemniczym ogrodzie J
No nic trzeba się na chwilę położyc zanim pani Danke śpi a Gosia na posterunku jeszcze. Po drodze do pokoju jeszcze raz zaglądam na dno zlewozmywaka. „to coś” rozlalo się już. A ze nie było na żadnym talerzyku ani nawet w folii to spływalo sobie do odpływu…leniwie, raz po raz wydając lekkie „bul,bul”..
Wzięłam ręcznik papierowy i wytarłam to coś….części stałe wyrzuciłam do kosza. Zrobię jajka sadzone i marchewkę z groszkiem…pani Danke uwielbia marchewkę.
O 10 przyjechała Rozi. Mialam już spisane produkty które powinna kupić. O 11tej przyjechał pan R. i zabrał Gosie na dworzec kolejowy w Kassel. Dalej miała jechać pociągiem. Będzie miala ciężko…w dodatku ta zepsuta walizka. Było mi jej żal…
Musialam wyglądać naprawde nieciekawie bo Rozi kazała mi isc na góre i się położyc. Na moje pytanie , co z obiadem, machnęła ręką i powiedziala żebym się nie martwiła. Mamie odgrzeje puszkę zupy a dla nas przywiezie pizze. Poczułam dreszcze kiedy usłyszałam o puszce ale było mi już naprawde wszystko jedno. Poszłam na góre i jak nieżywa padłam na łóżko.
Spalam 3 godziny. Pani Danke była już po puszce a w kuchni czekała ciepła pizza. Nie wiem jak to Rozi zrobiła J
Przed odjazdem Rozi dała mi pieniądze na tydzień i powiedziała że w tygodniu przyjdzie Volke zainstalować mi Internet.
Do przyjścia Johana siedziałyśmy z panią Danke na werandzie…było na tyle ciepło że tam właśnie podałam kolację.
Pani Danke była naprawde szczęśliwa że jestem, A moje odczucia? No cóż…przyjechałam do pracy…i to na długo…i nie wiem czy dam rade…ale o tym później pomyślę.


80 lat minęło jak jeden sen…

Wreszcie pojechałam do swojego rodzinnego domu. Okazja nie byle jaka. Moja Maminka konczy 80 lat. Sama nie mogę uwierzyc a co dopiero moja mamaJ
Wyjechaliśmy cała trójką…Żabek, dziecina i ja. Oczywiście z przygodami J Dokładna sytuacja jak przed laty kiedy po śmierci teściowej po raz pierwszy wyjechaliśmy calą rodzina do Gdyni. Już na dworcu we Wroclawiu się pogubiliśmy. Tak odwykliśmy od wspólnych wypadow ze każdy szedł sobie w swoją strone. I tak było tym razem. Rozlazły się zaby z Kijanką po całym dworcu i potem do kupy się nie mogły zejsc. Dobrze że mieliśmy komórki to jakoś się namierzyliśmy i wsiedliśmy o czasie do tego samego pociągu…ba…nawet siedzieliśmy w tym samym przedziale. Bardzo bylam wkurzona bo bilety były w moim posiadaniu. Nastepnym razem rozdam je przed wejściem na dworzec. Najwyżej…jak kto nie zdąży to przyjedzie poźniej.
Mama Bardzo się ucieszyła. Ja upiekłam wieeelki tort ale 80 świeczek i tak się nie zmieściło więc z siostra
„dałyśmy” 40…a co tam…Mama i tak nie wyglada na te 80. Rano poszliśmy do kościoła na Mszę Św. W intencji Mamy. Pieknie było. Na koniec Mszy ksiądz przed ogłoszeniami „zawezwał” Mamę przed ołtarz i w obliczu wszystkich wiernych pogratulował jubilatce i wręczyl piekny album o Papieżu Janie Pawle II. Mama była wzruszona ale i dumna z takiego wyróżnienia.
A potem była uczta…moja siostra i bratowa uwijały się w kuchni, ja dekorowałam tort. Na skrzypkach moja bratanica zagrała „Sto lat” , myśmy zaśpiewali…och jak dawniej…na głosy to tylko ja i ciocia G. Bo ona się tylko ostała z rodzeństwa Mamy. Postawilam świecę urodzinową na stole. Jeśli Mama sobie cos pomyślała to po cichu…Głośno natomiast zachwycała się nią.
W prezencie od nas Mama dostala książkę…zrobioną na zamówienie. Książka – album…ze zdjęciami mojej Mamy od najmłodszych lat. Pierwsze zdjecie pochodzi z 1938 i jest zrobione na gdyńskiej plaży…potem moja Mama z długimi blad włosami do pasa zaplecionymi w grube warkocze..potem z Tata..tacy szczęśliwi, młodzi…Myslę że to dobry był pomysł…

Teraz jestem znowu w domu. Nie wiem kiedy pojade do Mamy…smutno…bardzo mi smutno….

Zmiana...

- Przyjedzie Maria - powiedziała Rozi jak przyjechala w sobote. Zrobila taka dziwna mine...niby zadowolona niby nie.
A mnie tam pietruszka - muslę sobie- jade do domu. Z duszą na ramieniu jade bo kasandryczne wiadomości miałam ale po polsku mam nadzieje to jakos ogarnąc...i przy pomocy euro.
Pani Danke natomiast poplakuje i prosi abym przysięgła ze wróce. W tym celu mam skrzyżowac dwa palce (wskazujący i sercdeczny) i podnieśc do góry. Codziennie o to prosi. Ja na to że przysiegałam raz, przy ołtarzu i wystarczy,
- pani T. - mówie - nie bede przysięgać ani nie będe planować.
- Dlaczego? - pyta pani Danke
- Bo nie chce rozśmieszyć Pana Boga - mówie
Dpsłownie powiedziałam że nie chce zeby Pan Bóg sie śmiał.
Pani Danke chyba zrozumiała bo powiedziała że planowali urlop machnąc z panem Danke ale...on umarł nagle.
Na cztery dni przed moim wyjazdem dzwoni Rozi że przyjeżdza Małgorzata ..hmmm....ja "doniosłam" firmie jaki jest stan pani Danke więc może sie Maria przestraszyła i zrezygnowała. Nic to...pakuję sie...tak czy siak jade.
W przeddzien przyjazdu Gosi przyjechała Rozi. Wieczorem przyniosła mi do pokoju torbe
...O Matko!!! Doniczki - filiżanki!!! To te same którymi zachwycalam sie w Herkulesie! Idealnie pasowac będą do mojej kuchni. Jak je zobaczyłam to tylko powiedziałam że sa fantastyczne. I juz je mam. Rozi dała mi tez biała świecę i elementy do dekoracji. Mam zrobic swiece urodzinowa dla mojej mamy ( to taki tu zwyczaj), zrobic zdjęcie i jej przesłać :) No...fajny pomysł tylko znając moją mame...moze to opacznie zrozumiec :)
Rozi powiedziała że jak bede jechac do Ahnatal to mam zabrac laptop a ona załatwi internet żebym miała kontakt z domem.
Spytałam dlaczego tyle dla mnie robi. Te dodatkowe pieniądze, papierosy, prezenty a teraz komputer?
Z serca - odpowiedziała - I dlatego że jak bedziesz miała internet, papierosy kontakt z domem to bedziesz dobrze pracowac.
Hmmm...tak sobie mysle...ja naprawde Rozi lubie ale to chyba tak na 100% z sercem nie ma nic wspólnego :) Przynajmniej dla mnie :)
Tak w ogóle...to im dłużej tu przebywam tym bardziej widze jakąś ryse...no...cos mi nie daje spokoju...coś jak dysonans , fałszywy dźwięk...od czasu do czasu zazgrzyta...Nie umiem tego nazwac...
Nic to...jade do domu...pomyslę jutro...może pojutrze...

*******************************************

Uffff....jestem juz w domu. Ostatnia doba wyczerpała mnie i kreślę te słowa (ostatnie w zeszycie) nosem podtrzymując długopis.
W dniu mojego wyjazdu wstałam wcześnie i przygotowałam śniadanie w salonie na górze.
Pan R. przywiózł Gosie i...świeże bułeczki:) Powiedziałam Gosi żeby wrzuciła torby do pokoju i cos zjadła. Była tak zmęczona, że poprosiła tylko o kawę. Rozi juz była na nogach, pani Danke jeszcze spała. Siedzieliśmy w salonie i rozmawialiśmy...Uuuuu...Gosia miała takie same kłopoty ze zrozumieniem, co ja na początku. Bardzo jej współczułam, bo wiem, jakie to uczucie. Rozi z panem R. rozmawiali a ja? JA byłam za tłumacza!! Dacie wiarę ludkowie mili?! Tak nawiasem mówiąc (o ile nawiasy mówią) to mój Anioł na bezrobocie chyba pójdzie albo sie Bedzie musiał przekwalifikować:)
- Asia - westchnęła Gosia - jak ty dobrze mówisz po niemiecku.
Matulu:)...hihiii...Jeśli rozumienie, co drugiego słowa a reszta na czuja nazywa sie "dobrym niemieckim" to...góra nasi! :)
Nagle Gosia oderwała sie od stołu i pobiegła do swoich walizek z głośnym westchnieniem:
-O Boże!
Spojrzeliśmy po sobie, pan R., Rozi i ja. Co sie stało? Czegoś zapomniała? Nie zdążyliśmy sie wzajemnie spytać, kiedy Gosia weszła do pokoju....Z...blachą. No...Tortownica z ciastem!
- Upiekłam w domu - powiedziała
Nie powiem...Ciasto było dobre...Serniczek...Nieco poturbowany przez podróż, ale smaczny, ale...No nie wiem...Jechać szmat drogi z blaszką ciasta? Chyba to taki zwyczaj opiekunek (Gosia juz dwa lata jeździ)...Musze zapytać, bo ja nowicjuszka w tej materii.
Dzwonek do drzwi...Stefan jak zwykle ze śpiewem zbiega do pani Danke. Po drodze jak zwykle wola do mnie:
- Hallo Johana! Pięknie wyglądasz!
No pewno, że pięknie...Jadę do domu...Cały miesiąc bez Durchfalla...To luksus!
W czasie, kiedy pani Danke była w łazience ja "oprowadzałam" Gosię po kuchni i innych apartamentach. Rozi juz wczoraj zapowiedziała ze po obiedzie mamy pójść sobie "na spacer" i mam pokazać Gosi gdzie SA sklepy. Jak sobie wszystko obejrzymy to mam zadzwonić i Rozi po nas przyjedzie samochodem? Obiad to tylko kwestia podgrzania. Wszystko przygotowałam wczoraj.
Pani Danke "wyjechała" z łazienki z uśmiechem nr 544. W pokoju juz czekało na nią śniadanie. Podczas gdy Stefan mierzył ciśnienie i zapisywał wszystko w arkuszach ja przedstawiłam Gosie. Pani, Danke z zainteresowaniem jej sie przyglądała się i rozmawiała. Ja w tym czasie rozmawiałam ze Stefanem. Życzył mi dobrej podróży i udanego pobytu w domu. Powiedział, że Bedzie tęsknił za rogalikami i "Malinowym Marzeniem"...
- Dziękuję Stefan - powiedziałam - Ale ja myślałam, że będziesz tęsknił za mną.
Stefan rzucił sie na kolana i zaczął przepraszać tak żarliwie ze pani Danke przerwała "wypytywanie" Gosi i zdumiona zapytała:
-Stefan, a co ty robisz na podłodze?
Tak w ogóle to Gosia "kazała" sie nazywać Margerita (?) Bo niby Niemcom łatwiej. Hihiii...Margerita to mi sie, z czym innym kojarzy..Np. z wisienką może być:), ale co tam. Spytałam Gosi czy Margaret nie byłoby lepiej i bardziej po niemiecku, ale ona powiedziała że zawsze tak na nią wolaja.Mnie tam pietruszka...
Pani Danke dalej wypytuje Gosie-Margerite a ja krzątam sie w kuchni. Nagle slysze jak Gosia mnie wola. Wchodze do pokoju.
- Asia, ONA cos pyta a ja nie rozumiem.
Nie podoba mi sie ta "ona" ale prosze pania Danke o powtórzenie pytania.
- Pani T. pyta ile masz lat - odpowiadam i wracam do kuchni.
Za chwile znów wolanie. Ide znow do pokoju
- Asia, ja znowu nie rozumiem ONA sepleni i to dlatego.
Pani Danke sepleni?! Ludkowie mili! Znowu tłumacze. Tym razem czy ma dzieci i ile. Nieee...jak tak dalej pójdzie to bede musiała tu siedziec cały czas a roboty mam troche przed wyjazdem. Co robic?
Zdecydowanym głosem powiedziałam pani Danke że Gosia- Margerita jest baaardzo zmęczona i teraz idzie spac. Pani Danke pokiwała współczujaco głowa i poslusznie zaległa w swoim magicznym fotelu a ja ewkułowałam Gosie do pokoju na górze, gdzie mogłysmy spokojnie pogadac. Własnie przyjechala Rozi z większymi zakupami i miala oko na swoja mame w tym czasie. Przekazałam co najwazniejsze, reszte wypisałam wczesniej na kartce. Nigdy tego nie robiłam bo to pierwsza moja sztela, pierwsza zmiana , ale Rozi mi pomogła bo przywiozła kartke z wypisanymi najwazniejszymi sprawami po niemiecku oczywiście a ja przetłumaczyłam na polski.
Dzis piątek wiec bedzie Hos :) Mysle że troche za duzo jak na jeden raz dla pani Danke.
Po obiedzie poszlyśmy z Gosia na zakupy. Tym razem to ona bedzie kupowała. Ło Matko! Zjechałysmy na dół trzymając sie jedna drugiej. Gosia zachwycona okolica i ze smiechem zbiegala na dół ...No - myslę sobie- śmiej sie póki możesz. Popłaczesz jak sie bedziesz wdrapywac na czubek góry.
W sklepie Gosia kupowała a ja jej towarzyszyłam. Mowilam gdzie co jest...oczywiście po polsku. Nagle Gosia mówi:
- Ty nie mów tak głosno po polsku bo oni tego nie lubia i sa dla Polaków niemili.
Ło Matko! Ja tu cztery miesiące robie zakupy. A ze to mala miescina to wszyscy wiedza zem Polka i nijakiej przykrosci nie miałam...wrecz przeciwnie...cała mase życzliwości. Ale ...jeśli Gosia sie boi przyznawac do swego pochodzenia to jej problem ...nie mój.
Po zakupach zadzwonilam do Rozi. Po pieciu minutach podjechała po nas i powiedziała ze jest Hos i Rozi zaprasza nas na kawe. Pojechałysmy do kawiarni . Rozmawiamy...oczywiście po niemiecku. Gosia nagle do mnie:
- Mów do mnie po polsku.
- Nie wypada - mówie- Rozi siedzi z nami i nie rozumie po polsku. Bedziemy same to pogadamy.
Byla chyba zła na mnie...może pomyslała że zadzieram nosa...ale to Rozi nas zaprosiła i wiem że dobrze powiedziałam.
Po powrocie do domu ster przejeła Gosia a ja konczyłam pakowanie. Rozi przyszła do mojego pokoju i spytała czy przyjade znowu. Przyjade - odpowiedziałam.
- Dziękuje - powiedziaal Rozi - Mama bardzo cie polubiła. Wie ze musisz jechac do domu i rodziny ale żyje pewnością że wrócisz.
Znów zadźwięczał dysonans....nie potrafie tego nazwac....wiem co to jest ale nie umiem ubrac tego w słowa. Zmęczona jestem...to pewne...
Gosia pokazala mi swoje papiery. Ludkowie! Opis pani Danke jak w moim opisie sprzed 4 miesięcy! Wiec to co mówilam firmie poszło w niebyt, w kosmos! Pani Danke nadal ma 81 lat i ani słowa o operacji. No kurcze...do kogo ja to mówiłam!? Po co to mówiłam?! Cos mi sie widzi że firmie jest ganc i pomada...zatrzymani w czasie...ale są przy kasie.
Zaniepokoilo mnie bardzo ze Gosia ma byc ...wg jej umowy tu 2 miesiące. A ja mówilam że jade na miesiąc i wracam. No pieknie. 2 miesiące w domu to dla mnie"żegnajcie ludkowie" Nowe doły których nie będzie czym zasypac.
Przyjechał pan R. Powiedziałam mu swe obawy. On z usmiechem mówi:
- Ty sie Johana nie martw. Ja wszytsko załatwię ze wrócisz tu za miesiąc. Napisz do mnie maila którego chcesz wracac.
Udałam że wierze w jego zapewnienia ale nadal jestem niespokojna. Poza tym...tak załatwiac sprawy poza firmą? No ...pomysle juz w domu. Teraz w drogę.
Pożegnanie było płaczliwe...pani Danke machała mi biala chusteczka (higieniczną) na pożegnanie. Rozi mi mówiła że ona zawsze tak żegnala wszystkich...machala chusteczka z progu domu :)
Gosia ...jak mnie żegnano...tylko powiedziała;
- Boże, Asia, jak oni cie tu kochają.
Marwię sie o nią...ale sądze że sobie poradzi bo przeciez to nie jej pierwszy raz.
W samochodzie pan R. wyciagnął paczuszke.
- To prezent dla ciebie ode mnie i mojej żony (żona pana R. jest Polka) W ozdobnej torebce były pralinki i 20 euro :)
- Tu mas zadres mailowy do mnie - powiedział pan R. - koniecznie do mnie napisz jak bedziesz w Polsce.
Autobus podjechał i kiedy podawałam bilet powiedziałam "Bitte"Zupełnie automatycznie. Pan pilot spojrzał na mnie z góry ( stał na schodkach autobusu ) i rzekl
- Prosze pani to jest polski autobus i mówi sie tu po polsku.
Ożesz ty!   Jak sie zexliłam! Ty zakrakrawatkowany dygusie!
- Prosze pana,- mówie - Jestesmy w Kassel a tu sie mówi po niemiecku. A jak bede miała ochote to w polskim autobusie po chinsku bede mówic i wtedy bedzie to pana problem nie mój.
Chciałam jeszcze mu dogadać ale nagle po mnie spłynęło. Spojrzałam z żałoscia na niego i weszlam do autobusu. Pan R. jeszcze raz nakazał kontakt i sobie pomachaliśmy...łapkami :)
Podróz była mecząca...nogi pod broda...posladki bolace...durne filmy na Video....koszmar. Jakies towarzystwo z kazdym pstojem na stacji benzynowej robiło sie coraz bardziej hałaśliwe....
Na dworcu czekał Żabek....po 20 min byłam w domu....
Koniec pierwszego etapu....za miesiąc drugi....jak długo mam jeszcze prowadzic taki tryb życia? Ja juz teraz ani w Niemczech swoja ani w Polsce tutejsza....Cudzoziemka....albo „Przebrana za Niemke”....