Translate
niedziela, 28 grudnia 2014
Koniec?
Nieee :) To na razie koniec.Komu moje opowiesci przypadły do gustu, komu gębula się choc raz usmiechnęła, kto choć raz łezkę uronił...Bóg zapłać wielkie :) A kto chce wiedzieć co dalej u pani Danke i pani Bitte to musi poczekac na wersje książkową :) niebawem jak Bóg pozwoli się ukaże :) Więc do poczytania, moi wierni internautowi czytacze :)
niedziela, 24 sierpnia 2014
Junooo! Trefen i…”Słowo Ciałem się stało”
Od dłuższego czasu
pani Danke przeprowadza dłuuugie rozmowy przez telefon w sprawie „Spotkania
wypędzonych”. Rozmowy są długie a pani Bitte (czyli ja) ma dłuuugie chwile
spokoju. Bo o dziwo Durchfall w tym czasie chyba również uczestniczy w tych
rozmowach. Czyżby tez z tych wypędzonych był? Ja go przepedzam codziennie
zielonymi kapsułkami a on powraca z uporem maniaka.
Spotkanie ma się
odbyć w Hanowerze. Rozmawialam na ten temat z Rozi przed paroma miesiącami i
wtedy była bardzo sceptyczna. Mówiła że to za wcześnie aby cokolwiek planować.
Ale pani Danke planowała i swój plan chyba zrealizuje. Teraz bowiem
dowiedziałam się od Rozi że w przyszłym tygodniu przyjeżdża koleżanka-wygnanka
pani Danke w sprawie organizacji „Schlesiern treffen „
Koleżanka- wygnanka będzie
trzy dni. Trochę mnie to przeraziło ale Rozi uspokoiła mnie że ja mam się
zajmowac tylko jej mamą a nie jej gościem. Rozi będzie w tym czasie machać
sobie urlop. No i dobrze.
W związku z
przyjazdem koleżanki-wygnanki Rozi zapytała czy mogę przygotowac swój pokój na
jej przyjazd. Pokój jest przygotowany bo nieużywany. Zostaje tylko umyc okna.
No i dowiedziałam się
wczoraj że moje kochane Pflege będą przychodzić tylko rano i tylko od
poniedziałku do piątku. Wieczorami i w weekend ja będę się panią Danke
zajmować. Dziwnym zbiegiem okoliczności ta informacja nastąpila bezpośrednio po
wizycie koordynatora.
No cóż…
Ale w swej
obrzydliwej złośliwości zapytałam Rozi „Dlaczego?”
- Wiesz, dni są coraz
dłuższe. To śmieszne żeby mama szła spać o 20tej kiedy jeszcze słonce świeci.
Pewno i racja.
Tylko…do tej pory to nie było śmieszne. To było normalne.
- A co na to
Diakonia? – pytam dalej złośliwie złośliwa.
- No cóż – odpowiada
Rozi – płacze.
- Dlaczego?
- Bo mniej pieniędzy
zarobią – odpowiada Rozi ze śmiechem
I tu moja złośliwość
dosięgła szczytu…ale się ostatkiem sil pohamowałam.
Już na samym końcu
języka miałam pytanie:
- A czy ja przez to
więcej zarobię?
No oczywiście. Nie
zarobię. I dlatego nie zapytałam.
No więc jedziemy 22go czerwca prawdopodobnie.
No nic…na razie dość myślenia o tym. Są ważniejsze sprawy. Moja córka zdaje
właśnie maturę. Anieli wszyscy…ja wiem że jest mądra i zdolna. Ale na
egzaminach 50% powodzenia to szczęście. Więc proszę o te 50%. Ona jest tego
warta.
Raz , dwa, trzy….rolatorek trzymasz ty.
O ile propozycja
lekarza, a właściwie jego sugestia, w sprawie mojego pozostania była słuszna,
to niemniej „podarowanie” mi kuli było kosmicznym nieporozumieniem. Nagle
zdałam sobie sprawę, że aby moc się nimi posługiwac, najpierw trzeba się
nauczyć chodzić.
Ale po kolei…Otóż
specjalnie napisałam „podarowane” w cudzysłowiu bo po trzech dniach listonosz
przyniósł mi …UWAGA…rachunek za wypożyczenie kuli (szt.2). Całe 36 euro!
Zapłacić w ciągu 14 dni. Dobra ale jak zapłacić skoro w „portmoni” tylko
służbowe a prywatnych od Rozi za mało.
Byłam bardzo
zmartwiona. To zmartwienie musiało wymalować na mojej twarzy piękny meikap. Tak
piękny że Edit, która właśnie wtym dniu przyjechała, od progu zapytała co się
stało. W milczeniu podałam jej kopertę. Edit uważnie studiowała rachunek po
czym schowała do kieszeni. Na mój zdziwiony wzrok odpowiedziała:
- Dziś jadę właśnie
do diakonii -(Edit tam pracuje)- to po drodze wstąpię do szpitala i to
załatwię. Nic się nie martw, nic nie będziesz płacic.
Po raz kolejny KTOŚ w
odpowiednim czasie przysłał mi wsparcie J
Oczywiście Edit
zabrała kule ze sobą. Sprawiały więcej kłopotu niż były pomocne. Dwa razy chcąc
się przemieścic zaliczyłam podłogę i przyprawiłm tym prawie o zawał panią
Danke. Z przerażeniem patrzyła jak zbierałam się do pionu. A potem równie
przerażona patrzyła jak zamierzam gdzieś pójść. Tak więc dla jej dobra i jej
spokoju ducha kuśtykałam bez kuli. Druga sprawa to chcąc np. przynieśc pani
Danke herbatę brakowalo mi trzeciej ręki. Jedyne dwie jakie posiadam „zajmowały
się” kulami.
Niemniej zauważyłam że
jak prowadzę panią Dankę do toalety to idzie mi się nadzwyczaj dobrze. I nagle
odkryłam! Ja się trzymałam kolatorka pani Danke. Tak więc kiedy pani Danke
poleguje w magicznym fotelu ja śmigam z rolatorkiem niczym meserszmit J Problem zaczyna się wtedy kiedy pani Danke też chce
meserszmitować. Wtedy zazwyczaj meserszmit ujemy razem.
Tabletki od pana
doktora (szt.3) zużyłam w ciągu trzech następujących po sobie nocy. Ale teraz
już mogę spać bo ból pojawia się tylko przy poruszaniu. Niemniej opanowałam
technikę chodzenia. Wprawdzie przyjmuję pozycję paragrafu i wyglądać to musi
komicznie ale co tam. Ważne że nie boli.
Ola często do mnei
zagląda i nawet wykonuje te czynności, których nawer jako chodzący paragraf nie
jestem w stanie wykonać (np. podlewanie kwiatów w ogrodzie).
W sobotę jak zwykle
przyjechała Rozi. Jako że już jest ciepło to od czasu mojego przyjazdu co
sobotę po obiedzie i drzemce pani Danke, jedziemy na kawę i ciasto do kawiarni.
Do tej kawiarni przez 30 lat pani Danke wraz z mężem co niedziela jeździli
właśnie na kawę.
Za pierwszym razem,
kiedy miałyśmy jechac spytalam czy mogłabym zostac w domu. Rozi odparła że
absolutnie nie gdyż ona sama nie da sobie rady z rolsztulem. No coż…w końcu ma
rację…jestem tu do pracy.I własnie dlatego w ostatnią sobote nie zapytałam czy
mogłabym zostać ze względu na moje wciąż bolące kolano. Mogłam usłyszeć , że
skoro jestem niedysponowana to powinnam jechać do domu się leczyć. I to też
byłaby racja. Ale mialam nadzieję że Rozi sama na to wpadnie że raczej marną pomocą
dla niej będę w tym stanie. Niestety…święta naiwności…nie wpadła na to.
Zapakowałysmy się więc i ruszyłyśmy. Na parkingu Rozi pomaga al wysiąść swojej
mamie z auta a ja miałam się zająć wyjęciem wózka inwalidzkiego. Więc się
zajęłam. Z takim skutkiem że chwyciwszy wózek źle stanęłam i poczułam tak
potworny ból że zwalił mnie z nóg. Upadając pociągnęłam wózek ze sobą…jakiś
durny odruch…i leżac na ziemi byłam dokladnie przykryta tym wózkiem. Rozi,
która wyciągnęła już mamę z auta została w potrzasku. Bo nie może mi pomóc gdyż
trzyma mamę. Jak puści mamę to mi pomoże ale pani Danke opadnie na ziemię. Na
szczęście na parkingu było paru ludzi. Podbiegli do mnie i pomogli wstać. Rozi
czerwona ze wsydu przepraszała i dziękowała moim wybawcom. No własnie…przepraszała
ich…za co się pytam? Za mnie? Że opiekunka jej mamy jest w takim stanie że nie
może wyjąc wózka z auta? Na mnie Rozi nie patrzyła. Potem przy kawie spytala
czy już się dobrze czuję. No co miałam powiedzieć? Że muszę się dobrze czuć?
Czy mi się podoba czy nie?
Dobra, konczę…za dużo
żalu i złości się zbiera we mnie.
Jak będę dłużej pisać
to suchej nitki na nikim nie zostawię. I na co mi to? Nikt i tak nie usłyszy a
najwięcej szkody zrobię sobie…swoim nerwom i duszy. Idę się przejść po
ogrodzie…popatrzeć w gwiazdy które są tu tak blisko że tylko rękę wyciągnąć…
Upadła Żaba
Teraz, gdy poznałam
Olę, dni biegna wprawdzie tym samym rytmem, przeplatane częstymi wizytami
Durchwalla. Ale… Uodpornilam się już . To niesamowite jak człowiek jest w
stanie przywyknąc do ekstremalnych warunków. Naprawde mnie nie rusza. Durchwall
tez jakby zrozumiał, ze nie wytraci już mnie z równowagi i daje wyraźne
sygnały, dzieki którym obywa się bez przykrych niespodzianek. Inna sprawa że
zaczęłam panią Danke „wysadzać” na kibelek co trzy godziny. Ten „rytmus” mocno
Durchwalla trzyma w ryzach. Efekt jest taki,że wprawdzie jest ale trafia tam
gdzie trzeba i pieluchomajtki są czyste.
Uwielbiam wieczory bo
wtedy zwykle odwiedza mnie Ola i gadamy sobie bez konca siedząc na werandzie
albo w ogrodzie. Powiedziałam Rozi, że mam koleżankę i że mnie odwiedza. Wole
ją uprzedzić niżby sąsiedzi donieśli że obce osoby wpuszczam do domu. Niestety
ja nie mogę odwiedzac Oli, chociaż mieszka dosłownie za płotem.
Dziś wlasnie
umówiłyśmy się z Ola na wieczór. Dzien zapowiadał się spokojnie, pomijając dwie
godziny na zakupy, które musze wykonac jak zwykle w sprinterskim tempie. No
cóż. Te zakupy to niezła gimnastyka i chyba nie powinnam narzekac, zważywszy że
siedze całymi dniami w domu…albo „lauferuje” niczym pani Danke po ogrodzie. Nie
mówie tylko za każdym krokiem „links, links, raz dwa trzy..”
Przed obiadem
zadzwoniła nachbarina pani Danke i się zapowiedziała…na dziś. Ludkowie mili!
Już nie mogla lepszej pory sobie znaleźć?!
Pani Danke
rozgorączkowana, jak zwykle odmówiła spania po obiedzie i…uwaga…naprawde nie
spała. Usiadła w swoim magicznym fotelu i…Zaczęło się tango milonga.
- Johanaaa! Otwórz
brame! (nachbarina jest zmotoryzowana)
- Johanaaa! Wyjrzyj
czy nie idzie!
-Johanaaa! Czy drzwi
są otwarte?
-Johanaaa! Zamknij
lepiej drzwi bo ktoś wejdzie!
- Johanaaa! Chce do
toalety!
- Johaanaaa! Podaj mi
lusterko!
- Johanaaa! Daj mi
Imodium! (zielone kapsułki, chociaż Durchwall był sbie już „dzień dobry” dzis
powiedział)
Może i by nie było to
takie uciążliwe, aczkolwiek nieco denerwujące, gdyby nie fakt, że byłyśmy na
dole a drzwi wejściowe na górze. Biegałam więc po schodach tam i nazat jak kot
z pęcherzem. Pani Danke w tym wszystkim natomiast zapomniała o wizycie syna.
Dzwonek do drzwi.
Pani Danke wlączyła motorek magicznego fotela i….ziiiuuut. Podjechała do
pozycji siedzącej wołając:
- Johanaaa! Otwóż
drzwi!
Biegnę po raz setny
na górę, otwieram drzwi a tu? Listonosz sobie stoi z szerokim uśmiechem na
twarzy, szczęsliwy że aż mnie skręciło z zazdrości. Resztką siły i chęci
odwzajemniłam uśmiech i zbiegłam na dół.Tylko weszłam do pokoju a znowu dzwonek
do drzwi.
- Johanaaa! –
zawołała pani Danke i tylko palcem wskazującym pokazala mi schody.
Jasne – myslę- teraz
będziemy się komunikować na migi. Panią Danke boli gardło od tych wołąń a mnie
nogi.
Nim dotarłam na góre
drzwi się otworzyły i wszedł Hos. Zbiegłam więc na dół mając nadzieje że chwycę
torbe i znikne nim pojawi się nachbarina. Hos tym razem będzie musiał się
wszystkim zająć. Ubierając kurtke powiedziałam że przyjdzie pani X i już byłam
w drzwiach, kiedy dzwonek znów zaryczał.
Ja to mam pecha, no!
Nachbarina!
Jak pani Danke
usłyszała to już nie mialam życia. Kawa, choc zrobiona, musiała być przeze mnie
podana. Zdjęłam kurtke i pędzę na dół.
Nagle…W głowie słysze
chrupot. Trzask! W oczach ciemność. I ból.Zrobiło mi się słabo. Chwytając się
poręczy osunęłam się na ostani stopien schodów, którego w tej bieganinie nie
zauważyłam, i usiadlam. Jak przez mgłę słyszę woalnia pani Danke. Nie mama siły
odpowiedzieć. Na korytarz wyszedł Hos zaniepokojony moim milczeniem. A ja
siedze na schodach i trzymam się za kolano. Probuje wstać. Nie da rady. Klapie
chudym tyłeczkiem na stopień.
„chyba złamana, mój
Boże” – mysle.
Poruszam palcami
nogi…no ruszam czyli nie złamana. Wiec co jest? Ból powoli ustępuje. No dobra –
mówie do siebie- koniec tego teatru. Ide po zakupy.
Stanęłam na nogi. Hos
głośno odetchnął ale zaraz jęknął ze zmartwienia. Kiedy wstałam i próbowałam
zrobic krok, ból mało mnie nie zwalił z nóg. Znowu trzymając się poręczy
osunęłam się na stopien.
Jestem upadła Żaba –
myślę – i tak chyba tu zostanę…poczekam na Stefana albo Johana (nie wiem który
przyjdzie) a pani Danke ma Hosa i nachbarine to jakoś będzie. A jutro
zobaczymy.
Niemniej Hos trwał
przy mnie jak osobisty ochroniarz i powiedział że trzeba zawiadomic Rozi.
„Fajnie – mysle –
przeciez oni ze sobą rozmawiają korespondencyjnie. Już chciałam mu poradzic
żeby pocztą lotniczą wiadomośc wysłal, kiedy zobaczyłam że Hos chwyta za
słuchawkę telefonu.
Normalny szok. Mimo
bólu byłam bardzo ciekawa tej pierwszej, rejestrowanej przeze mnie rozmowy.
Pomimo bólu śmiac mi się chciało…i chyba trochę z nerwów.
Hos faktycznie
ZAWIADOMIŁ Rozi:
- Johana złamała
noge. Co robić?
Ja? Złamałam? Jeszcze
bardziej słabo mi się zrobilo. Ja chcę do domu! Ja chce ale wiem że nie mogę do
domu! To jakiś koszmarny sen. Zaraz się obudzę i będzie dobrze. Ale się nie
obudziłąm. Tkwię w tym śnie w dodatku coraz bardziej kolano boli. Co robic?.
Pierwsza myśl to Ola.
Dzwonie do pani K Szczęściem odbiera Ola.
- Olu , skreciłam
nogę. Hos mówi ze złamana. Palcami ruszam, ale spuchła i puchnie nadal. Boję
się.
Ola powiedziała że
natychmiast przyjdzie. Faktycznie. Po niecałych 2-3 min zdyszana wpadła do domu
(drzwi werandy były otwarte). Obejrzała noge i stwierdziła że chyba zwichnięcie
ale trzeba do lekarza.
Fajnie – myslę- z
górki to na wózek od zakupów wsiądę i jakoś zjadę. Ale 12 km do Kassel to na
tym rozbiegu nie dociągnę!
Kiedy tak
medytowałyśmy czy może pogotowie wezwać, przed dom z piskiem opon zajechał
samochód. Ola wyszła zobaczyc a tu pan R. Mój osobisty, niemiecki koordynator
zajechał. Rozi po dramatycznej informacji Hosa, natychmiast zadzwoniła do pana
R.
Komiczna sytuacja. Ja
leże na łóżku, pani Danke w swoim magicznym fotelu, Hos (szczęśliwy że tyle
ludzi do pomocy dłubie grabkami w ogródku) a nachbarina w niezbyt komfortowej
sytuacji, bo nie wie co ma robic. Uciekać czy zostać i pomóc.
A Ola i pan R. Nade
mną debatują co robić…ze mną. Pan R. w koncu mówi:
- Johana. Albo
jedziesz do domu, albo do szpitala.
Fajnie! Ja do domu! Z
nogą bezfunkcyjną! Niespakowana bo nie mam siły się spakować!
- Do szpitala! –
wołam- Nim pojade do domu muszę wiedzieć co sobie uszkodzilam!
Pan R. pakuje mnie do
samochodu i jedziemy na ostry dyżur.
Przed szpitalem każe
mi siedzieć a sam wbiega do szpitala. Za chwile wylatują pielęgniarze z wózkiem
inwalidzkim. Normalnie czuję się jak prezydentowa. Zostaję wwieziona do środka.
Tam już wszystko wiedzą bo pan R. opowiedział Wjeżdżam do gabinetu lekarza. On
mnie wypytuje co się stało. Ja opowiadam, jak potrafię, troche na migi co się
wydarzyło. Lekarz kieruje mnie na RG. A tam baaardzo niesympatyczna pani prawie
wrzeszcząć na mnie kazała się położyć na łóżku, potem usiąść a potem….Matko!
Tak mi zgięła nogę w kolanie że gwiazdy zobaczyłam. Jak nie ryknę z bólu, jak nie
zawyję. Nagle…Drzwi się otwierają i wpada lekarz.
- Co się dzieje?! –
krzyczy
- Pacjentka nie
rozumie – mówi pigulara jedna
A ja w tej samej
pozycji co mnie „pigulara” zgięła płaczę i nie mam siły zrobić żadnego ruchu.
Lekarza wściekły
kazał „pigule” się wynosić. Sam zrobil zdjęcia. Był bardzo delikatny ale mnie
już było wszystko jedno. Ból był tak ogromny,że zawładnął nie tylko moim ciałem
ale i duszą. Lekarza słyszałam jak przez ścianę…widziałam jak przez mgłę.
Potem 15 min czekania
na zdjęcia. Lekarz wychodzi z gabinetu i prosi mnie do środka.
- Niech się pani nie
martwi, to tylko skręcenie kolana.
Oddycham z ulgą ale
boli strasznie.
- Czy mam zostać w
szpitalu? – pytam
Nie wiem jak
wyglądałam ale lekarz spojrzał na mnie współczującym wzrokiem i spytał:
- A chiałaby pani?
Pewno że bym
chciała…poleżeć sobie, odpocząć…Spuściąłm głowe i odpowiedziałam:
- Nie.
Ja nie wiem co lekarz
wiedział. Nie mówiłam mu że pracuję jako opiekunka. Może się domyślił. Dał mi
trzy tabletki Venonutonu (tylko na recepte bo bardzo silna dawka) zabandażował
kolano dając okład z jakieś maści i powiedział żebym przez dwa tygodnie
oszczędzała lewą nogę. Dał dwie kule.
Pięknie – myślę. Jak
ja chodząc o dwoch kulach będę się opiekować panią Danke!
W drodze powrotnej
pan R. cały czas mowił jakie mam szczęście że pracuję w firmie a nie „na
czarno” , że taka super opieka itd.
Zgadzam się z nim ale
….
Po powrocie Hos
przywitał mnie tak wylewnie że mnie zatkalo. Prawie ze łzami w oczach cieszył
się że wrociłam cała. I na ten tychmiast wylecial z domu jakby się paliło. I
tak jestem mu wdzięczna, bo został ze swoją mamą do mojego powrotu. Nachbarina
była się ewakuowała wcześniej. Ola zadzwoniła dopytując o moje zdrowie i czy
może pomoc. Przeciez ona też pracuje. Powiedziałam że daję na razie radę.
Teraz jest 2ga w
nocy. Ból kolana doprowadza mnie do szału. Chyba wezmę tę tabletkę. Pani Danke
śpi spokojnie. Stefan był mocno zaniepokojony ale powiedział że w razie gdybym
czuła się źle to mam zadzwonić. Przyjedzie „priwat” tak z serca, jak
powiedział. Kochany Stefan. Wieczorem zadzwonił Johan.
- Stefan mi
powiedział o twoim wypadku – mówi – Kiedy będziesz potrzebowała pomocy możesz
na mnie liczyć. O każdej porze.
Boże! Po raz kolejny
dziękuję. Za Twoją pomoc. Za tych ludzi, których stawiasz na mojej drodze.
A ta pani z
rentgena…może miała zły dzień…może problemy…nie jestem na nią zła. I Ty chyba
też, prawda?
Nie jestem sama
Jak tak się
zastanawiam to nigdy nie byłam sama J. Pomimo częstych chwil, w których odczuwalam brak zrozumienia, uczucie
osamotnienia w tym co mysle, o czym marzę. Zawsze jednak był i jest „Szef”, jak
mawial ks. Witold. Codziennie niemal odczuwam Jego obecność. O działaniu nie
wspomnę J Niekiedy mam wrażenie,że oddala się na chwile. Ale myslę , że to po to,
żeby mnie postawic do pionu J Żebym się zatrzymała w gonitwie mysli „zrobie to sama”. Niemniej kiedy
tylko zobacze że nie dam rady sama – wołam Go – i On przychodzi J Tak naprawdę to nigdy się nie oddalił. Tak naprawde
to On czekał aż zawołam J
Ale….pomimo tego, w
tym obcym kraju, tak po ludzku brakuje mi kogos z kim mogłabym usiąść na werandzie,
czy gdziekolwiek, wypić kawe Ala Angela Merkel (Niemcy takiej nie pija) i
najzwyczajniej w świecie pogadać o niczym. Pogadać w ludzkim języku, czyli po
polsku. Nie domyślać się, nie plątać i wreszcie wyrzucic z siebie potok słów
bez stresu . Oczywiście rozmawiam ze sobą ale na dluższą mete to może grozić
chorobą przecież. Bynajmniej nie fizyczną.
I oto któregos dnia
przyszedł Stefan. Jak zwykle wesoły, jak zwykle pokłócił się z pania Danke w
łazienc i, jak zwykle ja nic nie zrozumiałam J
Kiedy wychodzil
powiedział że dzis ktos do mnie zadzwoni.
- Kto? – pytam
- Niespodzianka – mówi
ze smiechem – Do zobaczenia wieczorem.
I uciekł. I od tego
momentu w mojej głowie przesuwaly się rózne scenariusze. Nie znam nikogo tu
oprócz sąsiadów pani Danke i jej rodziny. No jeszcze pani w sklepie Edeka i ta
Polka w Aldiku. Ale oni nie muszą do mnie dzwonić a poza tym co to by była za
niespodzianka? Jak Stefan przydzie wieczorem to taką burę ode mnie dostanie,że
hej. O serniku może zapomniec!
W południe, kiedy
kończyłam obiad, usłyszałam dźwięk telefonu. Pani Danke odebrala mówiąc swoim
słodkim glosem nr „tysiącpięćsetstodziewięćset”:
- Hallooo???
Jakąs chwile
rozmawiala, po czym zawołała:
- Johaaaanaaa! Ktos do
ciebie!
Zdziwiona i
niezdziwiona odbieram słuchawke z rąk pani Danke i mówię niepewnym głosem
- Bitte.
Po drugiej stronie
słysze w „ludzkim języku”:
- Witam. Nazywam się
Ola. Pracuję u pani K. po drugiej stronie ulicy. Możemy się spotkać?.
W głowie mi
zawirowało. Matko jedyna! Rodaczka na czubku góry! Po drugiej stronie ulicy! I
chce się ze mną spotkać! Mój Boże! Jak Ty to robisz?! No dobra…nie pytam. Wiem.
Ale…akurat na to zupełnie nie liczyłam J
Umowiłyśmy się na
godzinę 15tą. Ola może się wyrwac w tym czasie na 20 min .Mogłaby wczesniej ale
pani Danke kategorycznie zaprosiła ją na kawę.Ciekawska jedna J
O ustalonej godzinie
wyszłam przed brame i zobaczyłam jak z górki na czubku góry, do dankowego lochu
schodzi kobieta wesoło machając mi reką. Była mojego wzrostu, krótkie, bląd
włosy i…poczulam….że się znamy od zawsze. Mało się nie rozpłakałam ze
wzruszenia.
Zaprosiłam Olę na
werande gdzie czekała już pani Danke, kawa i sernik.
Chociaz Ola przyszła
do mnie to pani Danke sobie Olę w jasyr wzięła od samego początku. Ola bardzo
dobrze mówi po niemiecku. Od 5 lat już pracuje w Niemczech. Dużo sobie nie
pogadałyśmy ale umówiłyśmy się na następny dzień, kiedy obie nasze podopieczne
będą spały. Pogoda jest piekna i można posiedzieć w ogrodzie. Żegnałyśmy się
jak bardzo dobre znajome, chociaż niewiele o sobie wiemy jeszcze. Ola będzie tu
do czerwca.. Mamy maj. Potem ma ją zmienić kolezanka.Jak pięknie!
Wieczorem, kiedy
przyszedł Stefan, z uśmiechem podałam mu podwójna porcje sernika. Stefan o nic nie
pytał. Nie musiał. Czułam się jakby ktos mnie unosił. I chyba na taka
wyglądałam. Jak dodam do tego dzien bez biegunki to powiem że to był wspaniały
dzien.
Ważny dzień
No i stało sie. Leżę w
szpitalu juz dziesiąta godzine i ...nic. Magnolie za oknem, ptaszęta spiewaja,
ciepło a ja kwitne przywiązana do aparatury i nudze sie okropnie. Juz nawet
przestałam sie bac. Śnadanko zjadłam a teraz jestem o samej wodzie i w dodatku
w ograniczonej ilosci. Jak tak dalej pójdzie to wyschne na wiór. Dla
przyzwoitosci zaczęłam stękać. Ale po godzinie słysze:
-Jak ta kobieta cierpi, leży tu od rana i nikt nie chce jej pomóc.
A co mają mi pomagac ? W czym? W leżeniu?
Ale zrobiło mi sie głupio i przestałam udawac. No to słyszę.
- Siostro! - wola ktos- ta pani co lezy na koncu nie daje znaku życia. niech siostra do niej zajrzy.
No masz babo placek. Jak jęcze to niedobrze, jak nie jęczę to jeszcze gorzej. Spokojnie nie dadzą poleżec.
Zaczynam rozwiązywac krzyżówkę. Marnie idzie bo wsłuchuję się w odgłosy z aparatury.
Po 20-tej odgłosy zamilkły.I nagle obok mnie zrobiło sie zamieszanie. Siostra jedna, druga, nakladaja mi maskę z tlenem ..."chyba coś niedobrze- myślę" Wszystko toczy się błyskawicznie. Mój lekarz juz jest i wjeżdżam na salę operacyjną.
- To ma być ciąża? - pyta zdumiona siostra na sali.
- Prawdopodobnie - odpowiadam
Potem tylko pamiętam jak lekarz mówi co własnie robi ale juz nie pmietam co i zapadam w ciemność.
Mam wrażenie że budzę się kilka razy
- Ma pani córke - słyszę - zdrowa.
Zaczyam płakać
- Tylko mi sie tu nie mazgaić proszę - to anestezjolog
- Tak jest - mówię
- No widać ża tatus był wojskowy.- anestezjolog ryczy ze śmiechu
Ciekawe ....skąd o wie że tata był żołnierzem?
*****
tak to było 19 lat temu. Dziecina wyrosła, jest samodzielna...prawie, zdobywa i jest zdobywana, szuka, gubi, psuje, próbuje , eksperymentuje., walczy...
Ktos mi napisał..
"Taki los rodziców: wychować jak potrafią i… pobłogosławić na dorosłe życie! Łącznie z prawem do pomyłek i strat…
No dobra , ale moge czasem powzdychać do tych chwil kiedy była całkowicie ode mnie zalezna. taka malutka, bezbronna, i taka słodka....
Teraz jest piekna i zdolna.no i zdrowa Bogu dzięki :))
-Jak ta kobieta cierpi, leży tu od rana i nikt nie chce jej pomóc.
A co mają mi pomagac ? W czym? W leżeniu?
Ale zrobiło mi sie głupio i przestałam udawac. No to słyszę.
- Siostro! - wola ktos- ta pani co lezy na koncu nie daje znaku życia. niech siostra do niej zajrzy.
No masz babo placek. Jak jęcze to niedobrze, jak nie jęczę to jeszcze gorzej. Spokojnie nie dadzą poleżec.
Zaczynam rozwiązywac krzyżówkę. Marnie idzie bo wsłuchuję się w odgłosy z aparatury.
Po 20-tej odgłosy zamilkły.I nagle obok mnie zrobiło sie zamieszanie. Siostra jedna, druga, nakladaja mi maskę z tlenem ..."chyba coś niedobrze- myślę" Wszystko toczy się błyskawicznie. Mój lekarz juz jest i wjeżdżam na salę operacyjną.
- To ma być ciąża? - pyta zdumiona siostra na sali.
- Prawdopodobnie - odpowiadam
Potem tylko pamiętam jak lekarz mówi co własnie robi ale juz nie pmietam co i zapadam w ciemność.
Mam wrażenie że budzę się kilka razy
- Ma pani córke - słyszę - zdrowa.
Zaczyam płakać
- Tylko mi sie tu nie mazgaić proszę - to anestezjolog
- Tak jest - mówię
- No widać ża tatus był wojskowy.- anestezjolog ryczy ze śmiechu
Ciekawe ....skąd o wie że tata był żołnierzem?
*****
tak to było 19 lat temu. Dziecina wyrosła, jest samodzielna...prawie, zdobywa i jest zdobywana, szuka, gubi, psuje, próbuje , eksperymentuje., walczy...
Ktos mi napisał..
"Taki los rodziców: wychować jak potrafią i… pobłogosławić na dorosłe życie! Łącznie z prawem do pomyłek i strat…
No dobra , ale moge czasem powzdychać do tych chwil kiedy była całkowicie ode mnie zalezna. taka malutka, bezbronna, i taka słodka....
Teraz jest piekna i zdolna.no i zdrowa Bogu dzięki :))
Internet
Hurrraaaa!!! Mam
Internet! Stacjonarny…pełen wypas. Volke czyli Naród…przyszedł dziś i zainstalował mi ten hit
elektroniki swiatowej. Miał sporo problemow bo mój laptopek mówi po naszemu a
Volke ani słowa po polsku. Kontaktowal się był nawet z kolega po fachu…kolega
Polak…hihiiii…Tak teraz myslę…czy Volke nie mógł przyjść z kolegą? Byłoby
łatwiej J.Oczywiście Volke się
zapowiedział pani Danke telefonicznie. Co w czwartym dniu mego pobytu (jeszcze
nie doszłam do siebie) było raczej niewskazane.
Pani Danke jak zwykle
zapowiedziała, że nie będzie spala po obiedzie…ale ja wiedziałam już, ze
magiczny fotel „ulula” ja do snu. I było mi wszystko jedno gdzie śpi pani
Danke. Wazne że spała…jak należy 2 godziny.
Przed wizyta wnuka
pani Danke poprosiła, żebym przyniosła Weiß Tasche. Ocho – myśle- będzie
wypłata. Pani Danke w białej torebce trzyma portfel. Zawsze jak przychodzi ktos
z rodziny…Hos, wnuki czy synowa, pani Danke prosi o te własnie torebke. A potem
po wizycie następuje …ja to tak nazywam…”zwrot kosztów”…Ja wiem ze w tej chwili
jestem złośliwa, ale nie rozumiem….nie rozumiem dlaczego nikt się nie
sprzeciwia. Naturalną dla mnie rzeczą jest , że w takiej chwili odmawiam,
mówiąc, że przysząłm do pani Danke, bo chciałam przyjść do niej a nie po jej
pieniądze. Ale widocznie taki tu obyczaj. No i chyba rozumiem teraz dlaczego
kolega po fachu nie mógł przyjść…no dobra…teraz przegięłam w swej złośliwości J
Po ok. godzinie Volke
z duma powiedział ze Internet działa. Ale….Ludkowie mili! To co usłyszałam żwalnia
mnie z poczucia winy o złośliwość.
- Już dziala –
powiedział Naród- Ale Johana, jeśli moja babcia będzie przez niego zaniedbywana
to ci go odłaczę.
Matko jedyna! Jak ja
się wkurzyłam! To za mało powiedziane ale jak mnie nerw dopadł! Po usłyszeniu
tych słow natychmiast wstałam (na psychologii się uczyłam, ze w dyskusji nagła
zmiana pozycji wywiera skutek) i powiedziałam, chyba za głosno niż powinnam ale
trudno.
- Volke. Jestem już
duża. Wiem co jest najważniejsze w mojej pracy. A Internet jest jedynym moim
kontaktem z rodziną, bo połączeń z Polską tu nie mam. Poza tym, moim pracodawcą
jest Rozi. I to jej polecenia i uwagi są dla mnie najważniejsze. To z Rozi
omawiam warunki swojej pracy.
Volke zrobił wielkie
oczy(stałam powyżej jego poziomu…patrzyłam z góry na niego) wykrztusił „Entschuldigung”
i wstał, pożegnał się z babcią (inkasując kasę) i wyszedł.
Pani Danke popatrzyła
na mnie z uśmiechem…
- Johana …dobrze ze
jesteś. Czy jutro zrobisz na obiad Sauerkraut?
Pewno że zrobie J Nerw odpłynął w niebyt.
Powrót…
No cóż…jestem znowu
na czubku góry…
Po ostatnich, bardzo
nerwowych dniach w domu, koszmarnej podróży autobusem floty Sindbad…
…No nie ale w tym
miejscu to pekam ze smiechu J) Flota Sindbada J Wieczny smiech. No bo ja chyba amfibia jechałam…z
drugiej strony na amfibii nie ma pilotów więc może to był lotniskowiec J. Ludzie! Czy nie ma jakiegos innego okreslenia? No jest
autobus i już. „Proszę nie używac komórek bo to może zakłócic komputer
pokładowy” – Jak rany , no…a co się stanie? Trase zmieni? No i dowiedziałam
się, ze jechałam na POKŁADZIE autobusu…dobrze ze nie na podłodze J…
Wracając do tematu.
Byłam wyczerpana. Te podróże mnie męczą strasznie. Na tydzień przed planowanym powrotem
do Ahnatal, zadzwonilam do firmy. Tam mi pani grzecznie wyjaśniła , że jeszcze
nic nie wiedzą i mam czekać na wiadomość (miałam jechac 17go kwietnia). Kiedy
po trzech dniach nie było odzewu zadzwoniłam ponownie.
- Proszę czekac –
powiedziala pani z firmy.
Matko jedyna ! Ale ja
nie wiem czy się pakowac czy nie. Kiedy 15go znowu nie było wiadomości
odwazyłam się napisać maila do pana R. Naprawde nie chciałam działać okrężnymi
drogami. Pan R. po pół godzinie mi odpisał żebym się nie martwiła bo on skontaktuje
się z firmą a firma ze mną. Ludkowie mili…firma wprawdzie się nie skontaktowala
ale nastepnego dnia kurier przywiózł mi delegację i bilet. Już do nich nie
dzwoniłam…bo i po co…niemniej utwierdzam się w przekonaniu że firma jest
…delikatnie mówiąc bardzo niesolidna.
Przyjechałam do pani
Danke o 7,00 J Pan R. tym razem nie
bładził.
Tak teraz sobie mysle
….jakże inne uczucia towarzyszyły mi tym razem. Zero stresu…podejrzen o
ewentualne porwanie…lepszy niemiecki i rozmawialam z panem R. całą droge zupełnie
swobodnie. Po drodze pan R. zatrzymał się przy piekarni i zakupił bułeczki na
niedanie. Miłe to, nie powiem.
Pani Danke jeszcze
spała. Wjechalam ze swoja walizą do holu…Gosia akurat w łazience robiła
makijaż. Marzyłam o kawie…ale musiałam sobie zrobic sama. No cóż…to żadna
cięzka praca. Śniadanie też zrobiłam, bo Gosia kończyła się pakować. Pan R.
wypił tylko kawę i pojechał. Rozi ma przyjechac o 10tej.
Śniadanie jadłam sama
w salonie. Gosia pakując się mówiła że nie ma czasu bo o 11tej jedzie do Bohun…czy
jakoś tak. Wpadła na chwile do kuchni i wskazała palcem na zlewozmywak.
Na jego dnie leżało
„COŚ” do odmrożenia na obiad. Prostokątny , jasny kawałek CZEGOŚ sobie tam
leżało.
- To na obiad –
powiedziała Gosia i pokazala mi zapisane kartki na stole (tez palcem)
- Tu zapisywałam
dzien po dniu co podawalam do jedzenia. Na sniadanie, obiad kolacje. Wszyscy
byli zadowoleni.
- No dobrze – mówie –
ale po co?
- No żeby wiedzieli
co Emi je.
Zaglądam do
lodowki…oj mizernie będzie …dobrze że Rozi dziś będzie to jej szepne co ma
dokupic.
O 8,00 dzwonek do
drzwi. Wchodzi Johan.
- Oooo! – woła-
Johana! Jestes nareszcie!
Jest mi miło. Bardzo
lubie tego młodego człowieka. No …to taki jest z sercem na dłoni.
Johan nakazał ruchem
reki, żebym na razie nie schodziła i wszedł do sypialni pani Danke. W tym
czasie Gosia opowiadała o swojej zepsutej walizce. Na moje pytania o stan pani
Danke mówiła że wszystko było OK.
- To znaczy że
biegunki już nie ma? – pytam
- No…od czasu do
czasu – mówi Gosia – jak zapomne podac zielone kapsułki.
Czyli bez zmian –
mysle sobie ale Gosi nie zawracam głowy. Tez ma Sajgon bo jedzie ze szteli na
sztele(nowe słowo). To ze ma jechac do Bohun (czy jakoś tak) dowiedziała się
wczoraj…cały czas myślała że tu zostanie jeszcze miesiąc. No Największa Firmo
…masz u mnie plamę.
Johan z panią Danke wyjechał był wlaśnie z łazienki :
- Jooohaaaanaaa!!!
To pani Danke z
krzykiem radości jechała przez korytarz do pokoju. Matko. Jak się cieszyła.
Normalnie mnie zatkało…ale było mi tez miło Po przywitaniu Johan zajął się
swoimi czynnościami po czym sobie poszedł a pani Danke jadła śniadanie
KONIECZNIE w moim towarzystwie. Gosia zniknęła na górzea a ja natomiast padałam
na przysłowiowy”p…” czyli nos. Nie ma szansy żeby się przespać..no może po
obiedzie ale będzie Rozi więc….zobaczymy.
W ogóle to rytm dnia
został zkłócony…spodziewałam się tego. Pani Danke po śniadaniu nie zajęla się
zwyczajowo lekturą gazety tylko rozmową ze mna. Wypytywala o rodzine, podroż i
jej ukochany Breslau. I tu zrobiłam jej niespodziankę. Wprawdzie nie zrobiłam
zdjęc jak to sobie obiecywałam ale przywiozłam album o Wrocławiu w wydaniu
niemieckim. Stary i nowy Wrocław. Pani Danke ze wzruszeniem ogladała zdjęcia
ale nie było szansy w tym czasie nawet na fajeczkę wyskoczyć. Musiałam być
obecna i słuchać wspomnien pani Danke. W koncu powiedziałam ze jestem zmęczona
i musze zrobic sobie jeszcze jedną kawe. Pani Danke ze zrozumieniem pokiwala
głowa i powiedziała:
- Dobrze ale zaraz tu
przyjdź.
W tym czasie zeszła
Gosia. Powiedziaąłm że ide na werande zapalić a Gosia że też. I kiedy tak sobie
stałyśmy a ja próbowałam cokolwiek się dowiedziec więcej usłyszałyśmy wołanie:
- Jooohaaanaa!
- Wola cię – mówi
Gosia.
Matko , przeciez
słyszę, myslę sobie a głosno mówie.
- Idź do pani Emi ja
zaraz przyjde.
Kiedy parzyłam kawe
do kuchni weszął Gosia.
- Ona chce do
toalety.
- No to idź z panią
Emi – ja nawet nie zdążyłam walizki do pokoju wstawic.
- Ale ona nie chce ze
mną – mówi Gosia i poszła na góre. Mimo zmęczenia cisnienie mi skoczyła na
maksa.Poszłam do pokoju a pani Danke z uśmiechem już stała przy balkoniku.
- Dlaczego nie chce
pani iść z Gosią – pytam
Pani Danke z wyrazem
szczęścia w oczach odpowiada:
- Bo ty przeciez
jesteś.
No ręce, nogi i inne
tam mi opadły. Już nawet nie chcialo mi się mówić. Zrezygnowana pomogłam pani
Danke w toalecie. Pani Danke zaległa w swoim magicznym fotelu i nadzwyczajniej
w świecie…zasnęła. Tyle mojego – mysle. Wyszlam na ogród…Jak tu pięknie …już
krokusy i przebiśniegi przekwitaja na drzewach kwiecie…a na werandzie bluszcz
pokrywa się liśćmi tworząc zieloną ściane…jak w tajemniczym ogrodzie J
No nic trzeba się na
chwilę położyc zanim pani Danke śpi a Gosia na posterunku jeszcze. Po drodze do
pokoju jeszcze raz zaglądam na dno zlewozmywaka. „to coś” rozlalo się już. A ze
nie było na żadnym talerzyku ani nawet w folii to spływalo sobie do
odpływu…leniwie, raz po raz wydając lekkie „bul,bul”..
Wzięłam ręcznik
papierowy i wytarłam to coś….części stałe wyrzuciłam do kosza. Zrobię jajka
sadzone i marchewkę z groszkiem…pani Danke uwielbia marchewkę.
O 10 przyjechała
Rozi. Mialam już spisane produkty które powinna kupić. O 11tej przyjechał pan
R. i zabrał Gosie na dworzec kolejowy w Kassel. Dalej miała jechać pociągiem.
Będzie miala ciężko…w dodatku ta zepsuta walizka. Było mi jej żal…
Musialam wyglądać
naprawde nieciekawie bo Rozi kazała mi isc na góre i się położyc. Na moje
pytanie , co z obiadem, machnęła ręką i powiedziala żebym się nie martwiła.
Mamie odgrzeje puszkę zupy a dla nas przywiezie pizze. Poczułam dreszcze kiedy
usłyszałam o puszce ale było mi już naprawde wszystko jedno. Poszłam na góre i
jak nieżywa padłam na łóżko.
Spalam 3 godziny.
Pani Danke była już po puszce a w kuchni czekała ciepła pizza. Nie wiem jak to
Rozi zrobiła J
Przed odjazdem Rozi
dała mi pieniądze na tydzień i powiedziała że w tygodniu przyjdzie Volke
zainstalować mi Internet.
Do przyjścia Johana
siedziałyśmy z panią Danke na werandzie…było na tyle ciepło że tam właśnie
podałam kolację.
Pani Danke była
naprawde szczęśliwa że jestem, A moje odczucia? No cóż…przyjechałam do pracy…i
to na długo…i nie wiem czy dam rade…ale o tym później pomyślę.
80 lat minęło jak jeden sen…
Wreszcie pojechałam
do swojego rodzinnego domu. Okazja nie byle jaka. Moja Maminka konczy 80 lat.
Sama nie mogę uwierzyc a co dopiero moja mamaJ
Wyjechaliśmy cała
trójką…Żabek, dziecina i ja. Oczywiście z przygodami J Dokładna sytuacja jak przed laty kiedy po śmierci
teściowej po raz pierwszy wyjechaliśmy calą rodzina do Gdyni. Już na dworcu we
Wroclawiu się pogubiliśmy. Tak odwykliśmy od wspólnych wypadow ze każdy szedł
sobie w swoją strone. I tak było tym razem. Rozlazły się zaby z Kijanką po
całym dworcu i potem do kupy się nie mogły zejsc. Dobrze że mieliśmy komórki to
jakoś się namierzyliśmy i wsiedliśmy o czasie do tego samego pociągu…ba…nawet
siedzieliśmy w tym samym przedziale. Bardzo bylam wkurzona bo bilety były w
moim posiadaniu. Nastepnym razem rozdam je przed wejściem na dworzec.
Najwyżej…jak kto nie zdąży to przyjedzie poźniej.
Mama Bardzo się
ucieszyła. Ja upiekłam wieeelki tort ale 80 świeczek i tak się nie zmieściło
więc z siostra
„dałyśmy” 40…a co
tam…Mama i tak nie wyglada na te 80. Rano poszliśmy do kościoła na Mszę Św. W
intencji Mamy. Pieknie było. Na koniec Mszy ksiądz przed ogłoszeniami
„zawezwał” Mamę przed ołtarz i w obliczu wszystkich wiernych pogratulował
jubilatce i wręczyl piekny album o Papieżu Janie Pawle II. Mama była wzruszona
ale i dumna z takiego wyróżnienia.
A potem była
uczta…moja siostra i bratowa uwijały się w kuchni, ja dekorowałam tort. Na
skrzypkach moja bratanica zagrała „Sto lat” , myśmy zaśpiewali…och jak
dawniej…na głosy to tylko ja i ciocia G. Bo ona się tylko ostała z rodzeństwa
Mamy. Postawilam świecę urodzinową na stole. Jeśli Mama sobie cos pomyślała to
po cichu…Głośno natomiast zachwycała się nią.
W prezencie od nas
Mama dostala książkę…zrobioną na zamówienie. Książka – album…ze zdjęciami mojej
Mamy od najmłodszych lat. Pierwsze zdjecie pochodzi z 1938 i jest zrobione na
gdyńskiej plaży…potem moja Mama z długimi blad włosami do pasa zaplecionymi w
grube warkocze..potem z Tata..tacy szczęśliwi, młodzi…Myslę że to dobry był
pomysł…
Zmiana...
- Przyjedzie Maria -
powiedziała Rozi jak przyjechala w sobote. Zrobila taka dziwna mine...niby
zadowolona niby nie.
A mnie tam pietruszka
- muslę sobie- jade do domu. Z duszą na ramieniu jade bo kasandryczne
wiadomości miałam ale po polsku mam nadzieje to jakos ogarnąc...i przy pomocy
euro.
Pani Danke natomiast
poplakuje i prosi abym przysięgła ze wróce. W tym celu mam skrzyżowac dwa palce
(wskazujący i sercdeczny) i podnieśc do góry. Codziennie o to prosi. Ja na to
że przysiegałam raz, przy ołtarzu i wystarczy,
- pani T. - mówie -
nie bede przysięgać ani nie będe planować.
- Dlaczego? - pyta
pani Danke
- Bo nie chce
rozśmieszyć Pana Boga - mówie
Dpsłownie
powiedziałam że nie chce zeby Pan Bóg sie śmiał.
Pani Danke chyba
zrozumiała bo powiedziała że planowali urlop machnąc z panem Danke ale...on
umarł nagle.
Na cztery dni przed
moim wyjazdem dzwoni Rozi że przyjeżdza Małgorzata ..hmmm....ja
"doniosłam" firmie jaki jest stan pani Danke więc może sie Maria
przestraszyła i zrezygnowała. Nic to...pakuję sie...tak czy siak jade.
W przeddzien
przyjazdu Gosi przyjechała Rozi. Wieczorem przyniosła mi do pokoju torbe
...O Matko!!!
Doniczki - filiżanki!!! To te same którymi zachwycalam sie w Herkulesie!
Idealnie pasowac będą do mojej kuchni. Jak je zobaczyłam to tylko powiedziałam
że sa fantastyczne. I juz je mam. Rozi dała mi tez biała świecę i elementy do
dekoracji. Mam zrobic swiece urodzinowa dla mojej mamy ( to taki tu zwyczaj),
zrobic zdjęcie i jej przesłać :) No...fajny pomysł tylko znając moją
mame...moze to opacznie zrozumiec :)
Rozi powiedziała że
jak bede jechac do Ahnatal to mam zabrac laptop a ona załatwi internet żebym
miała kontakt z domem.
Spytałam dlaczego
tyle dla mnie robi. Te dodatkowe pieniądze, papierosy, prezenty a teraz
komputer?
Z serca -
odpowiedziała - I dlatego że jak bedziesz miała internet, papierosy kontakt z
domem to bedziesz dobrze pracowac.
Hmmm...tak sobie
mysle...ja naprawde Rozi lubie ale to chyba tak na 100% z sercem nie ma nic
wspólnego :) Przynajmniej dla mnie :)
Tak w ogóle...to im
dłużej tu przebywam tym bardziej widze jakąś ryse...no...cos mi nie daje
spokoju...coś jak dysonans , fałszywy dźwięk...od czasu do czasu
zazgrzyta...Nie umiem tego nazwac...
Nic to...jade do
domu...pomyslę jutro...może pojutrze...
*******************************************
Uffff....jestem juz w
domu. Ostatnia doba wyczerpała mnie i kreślę te słowa (ostatnie w zeszycie)
nosem podtrzymując długopis.
W dniu mojego wyjazdu
wstałam wcześnie i przygotowałam śniadanie w salonie na górze.
Pan R. przywiózł
Gosie i...świeże bułeczki:) Powiedziałam Gosi żeby wrzuciła torby do pokoju i
cos zjadła. Była tak zmęczona, że poprosiła tylko o kawę. Rozi juz była na
nogach, pani Danke jeszcze spała. Siedzieliśmy w salonie i
rozmawialiśmy...Uuuuu...Gosia miała takie same kłopoty ze zrozumieniem, co ja
na początku. Bardzo jej współczułam, bo wiem, jakie to uczucie. Rozi z panem R.
rozmawiali a ja? JA byłam za tłumacza!! Dacie wiarę ludkowie mili?! Tak
nawiasem mówiąc (o ile nawiasy mówią) to mój Anioł na bezrobocie chyba pójdzie
albo sie Bedzie musiał przekwalifikować:)
- Asia - westchnęła
Gosia - jak ty dobrze mówisz po niemiecku.
Matulu:)...hihiii...Jeśli
rozumienie, co drugiego słowa a reszta na czuja nazywa sie "dobrym
niemieckim" to...góra nasi! :)
Nagle Gosia oderwała
sie od stołu i pobiegła do swoich walizek z głośnym westchnieniem:
-O Boże!
Spojrzeliśmy po
sobie, pan R., Rozi i ja. Co sie stało? Czegoś zapomniała? Nie zdążyliśmy sie
wzajemnie spytać, kiedy Gosia weszła do pokoju....Z...blachą. No...Tortownica z
ciastem!
- Upiekłam w domu -
powiedziała
Nie powiem...Ciasto
było dobre...Serniczek...Nieco poturbowany przez podróż, ale smaczny, ale...No
nie wiem...Jechać szmat drogi z blaszką ciasta? Chyba to taki zwyczaj opiekunek
(Gosia juz dwa lata jeździ)...Musze zapytać, bo ja nowicjuszka w tej materii.
Dzwonek do
drzwi...Stefan jak zwykle ze śpiewem zbiega do pani Danke. Po drodze jak zwykle
wola do mnie:
- Hallo Johana! Pięknie
wyglądasz!
No pewno, że pięknie...Jadę
do domu...Cały miesiąc bez Durchfalla...To luksus!
W czasie, kiedy pani
Danke była w łazience ja "oprowadzałam" Gosię po kuchni i innych
apartamentach. Rozi juz wczoraj zapowiedziała ze po obiedzie mamy pójść sobie
"na spacer" i mam pokazać Gosi gdzie SA sklepy. Jak sobie wszystko
obejrzymy to mam zadzwonić i Rozi po nas przyjedzie samochodem? Obiad to tylko
kwestia podgrzania. Wszystko przygotowałam wczoraj.
Pani Danke
"wyjechała" z łazienki z uśmiechem nr 544. W pokoju juz czekało na
nią śniadanie. Podczas gdy Stefan mierzył ciśnienie i zapisywał wszystko w
arkuszach ja przedstawiłam Gosie. Pani, Danke z zainteresowaniem jej sie przyglądała
się i rozmawiała. Ja w tym czasie rozmawiałam ze Stefanem. Życzył mi dobrej
podróży i udanego pobytu w domu. Powiedział, że Bedzie tęsknił za rogalikami i
"Malinowym Marzeniem"...
- Dziękuję Stefan -
powiedziałam - Ale ja myślałam, że będziesz tęsknił za mną.
Stefan rzucił sie na
kolana i zaczął przepraszać tak żarliwie ze pani Danke przerwała
"wypytywanie" Gosi i zdumiona zapytała:
-Stefan, a co ty robisz
na podłodze?
Tak w ogóle to Gosia
"kazała" sie nazywać Margerita (?) Bo niby Niemcom łatwiej.
Hihiii...Margerita to mi sie, z czym innym kojarzy..Np. z wisienką może być:),
ale co tam. Spytałam Gosi czy Margaret nie byłoby lepiej i bardziej po niemiecku,
ale ona powiedziała że zawsze tak na nią wolaja.Mnie tam pietruszka...
Pani Danke dalej
wypytuje Gosie-Margerite a ja krzątam sie w kuchni. Nagle slysze jak Gosia mnie
wola. Wchodze do pokoju.
- Asia, ONA cos pyta
a ja nie rozumiem.
Nie podoba mi sie ta
"ona" ale prosze pania Danke o powtórzenie pytania.
- Pani T. pyta ile
masz lat - odpowiadam i wracam do kuchni.
Za chwile znów
wolanie. Ide znow do pokoju
- Asia, ja znowu nie
rozumiem ONA sepleni i to dlatego.
Pani Danke sepleni?!
Ludkowie mili! Znowu tłumacze. Tym razem czy ma dzieci i ile. Nieee...jak tak
dalej pójdzie to bede musiała tu siedziec cały czas a roboty mam troche przed
wyjazdem. Co robic?
Zdecydowanym głosem
powiedziałam pani Danke że Gosia- Margerita jest baaardzo zmęczona i teraz
idzie spac. Pani Danke pokiwała współczujaco głowa i poslusznie zaległa w swoim
magicznym fotelu a ja ewkułowałam Gosie do pokoju na górze, gdzie mogłysmy
spokojnie pogadac. Własnie przyjechala Rozi z większymi zakupami i miala oko na
swoja mame w tym czasie. Przekazałam co najwazniejsze, reszte wypisałam
wczesniej na kartce. Nigdy tego nie robiłam bo to pierwsza moja sztela,
pierwsza zmiana , ale Rozi mi pomogła bo przywiozła kartke z wypisanymi
najwazniejszymi sprawami po niemiecku oczywiście a ja przetłumaczyłam na
polski.
Dzis piątek wiec
bedzie Hos :) Mysle że troche za duzo jak na jeden raz dla pani Danke.
Po obiedzie poszlyśmy
z Gosia na zakupy. Tym razem to ona bedzie kupowała. Ło Matko! Zjechałysmy na
dół trzymając sie jedna drugiej. Gosia zachwycona okolica i ze smiechem
zbiegala na dół ...No - myslę sobie- śmiej sie póki możesz. Popłaczesz jak sie
bedziesz wdrapywac na czubek góry.
W sklepie Gosia
kupowała a ja jej towarzyszyłam. Mowilam gdzie co jest...oczywiście po polsku.
Nagle Gosia mówi:
- Ty nie mów tak
głosno po polsku bo oni tego nie lubia i sa dla Polaków niemili.
Ło Matko! Ja tu
cztery miesiące robie zakupy. A ze to mala miescina to wszyscy wiedza zem Polka
i nijakiej przykrosci nie miałam...wrecz przeciwnie...cała mase życzliwości.
Ale ...jeśli Gosia sie boi przyznawac do swego pochodzenia to jej problem
...nie mój.
Po zakupach
zadzwonilam do Rozi. Po pieciu minutach podjechała po nas i powiedziała ze jest
Hos i Rozi zaprasza nas na kawe. Pojechałysmy do kawiarni .
Rozmawiamy...oczywiście po niemiecku. Gosia nagle do mnie:
- Mów do mnie po
polsku.
- Nie wypada - mówie-
Rozi siedzi z nami i nie rozumie po polsku. Bedziemy same to pogadamy.
Byla chyba zła na
mnie...może pomyslała że zadzieram nosa...ale to Rozi nas zaprosiła i wiem że
dobrze powiedziałam.
Po powrocie do domu
ster przejeła Gosia a ja konczyłam pakowanie. Rozi przyszła do mojego pokoju i
spytała czy przyjade znowu. Przyjade - odpowiedziałam.
- Dziękuje -
powiedziaal Rozi - Mama bardzo cie polubiła. Wie ze musisz jechac do domu i
rodziny ale żyje pewnością że wrócisz.
Znów zadźwięczał
dysonans....nie potrafie tego nazwac....wiem co to jest ale nie umiem ubrac
tego w słowa. Zmęczona jestem...to pewne...
Gosia pokazala mi
swoje papiery. Ludkowie! Opis pani Danke jak w moim opisie sprzed 4 miesięcy!
Wiec to co mówilam firmie poszło w niebyt, w kosmos! Pani Danke nadal ma 81 lat
i ani słowa o operacji. No kurcze...do kogo ja to mówiłam!? Po co to mówiłam?!
Cos mi sie widzi że firmie jest ganc i pomada...zatrzymani w czasie...ale są przy
kasie.
Zaniepokoilo mnie
bardzo ze Gosia ma byc ...wg jej umowy tu 2 miesiące. A ja mówilam że jade na
miesiąc i wracam. No pieknie. 2 miesiące w domu to dla mnie"żegnajcie
ludkowie" Nowe doły których nie będzie czym zasypac.
Przyjechał pan R.
Powiedziałam mu swe obawy. On z usmiechem mówi:
- Ty sie Johana nie
martw. Ja wszytsko załatwię ze wrócisz tu za miesiąc. Napisz do mnie maila
którego chcesz wracac.
Udałam że wierze w
jego zapewnienia ale nadal jestem niespokojna. Poza tym...tak załatwiac sprawy
poza firmą? No ...pomysle juz w domu. Teraz w drogę.
Pożegnanie było
płaczliwe...pani Danke machała mi biala chusteczka (higieniczną) na pożegnanie.
Rozi mi mówiła że ona zawsze tak żegnala wszystkich...machala chusteczka z
progu domu :)
Gosia ...jak mnie
żegnano...tylko powiedziała;
- Boże, Asia, jak oni
cie tu kochają.
Marwię sie o
nią...ale sądze że sobie poradzi bo przeciez to nie jej pierwszy raz.
W samochodzie pan R.
wyciagnął paczuszke.
- To prezent dla
ciebie ode mnie i mojej żony (żona pana R. jest Polka) W ozdobnej torebce były
pralinki i 20 euro :)
- Tu mas zadres
mailowy do mnie - powiedział pan R. - koniecznie do mnie napisz jak bedziesz w
Polsce.
Autobus podjechał i
kiedy podawałam bilet powiedziałam "Bitte"Zupełnie automatycznie. Pan
pilot spojrzał na mnie z góry ( stał na schodkach autobusu ) i rzekl
- Prosze pani to jest
polski autobus i mówi sie tu po polsku.
Ożesz ty! Jak sie zexliłam! Ty zakrakrawatkowany
dygusie!
- Prosze pana,- mówie
- Jestesmy w Kassel a tu sie mówi po niemiecku. A jak bede miała ochote to w
polskim autobusie po chinsku bede mówic i wtedy bedzie to pana problem nie mój.
Chciałam jeszcze mu
dogadać ale nagle po mnie spłynęło. Spojrzałam z żałoscia na niego i weszlam do
autobusu. Pan R. jeszcze raz nakazał kontakt i sobie pomachaliśmy...łapkami :)
Podróz była
mecząca...nogi pod broda...posladki bolace...durne filmy na Video....koszmar.
Jakies towarzystwo z kazdym pstojem na stacji benzynowej robiło sie coraz
bardziej hałaśliwe....
Na dworcu czekał
Żabek....po 20 min byłam w domu....
Koniec pierwszego
etapu....za miesiąc drugi....jak długo mam jeszcze prowadzic taki tryb życia?
Ja juz teraz ani w Niemczech swoja ani w Polsce tutejsza....Cudzoziemka....albo
„Przebrana za Niemke”....
Subskrybuj:
Posty (Atom)

