No cóż…jestem znowu
na czubku góry…
Po ostatnich, bardzo
nerwowych dniach w domu, koszmarnej podróży autobusem floty Sindbad…
…No nie ale w tym
miejscu to pekam ze smiechu J) Flota Sindbada J Wieczny smiech. No bo ja chyba amfibia jechałam…z
drugiej strony na amfibii nie ma pilotów więc może to był lotniskowiec J. Ludzie! Czy nie ma jakiegos innego okreslenia? No jest
autobus i już. „Proszę nie używac komórek bo to może zakłócic komputer
pokładowy” – Jak rany , no…a co się stanie? Trase zmieni? No i dowiedziałam
się, ze jechałam na POKŁADZIE autobusu…dobrze ze nie na podłodze J…
Wracając do tematu.
Byłam wyczerpana. Te podróże mnie męczą strasznie. Na tydzień przed planowanym powrotem
do Ahnatal, zadzwonilam do firmy. Tam mi pani grzecznie wyjaśniła , że jeszcze
nic nie wiedzą i mam czekać na wiadomość (miałam jechac 17go kwietnia). Kiedy
po trzech dniach nie było odzewu zadzwoniłam ponownie.
- Proszę czekac –
powiedziala pani z firmy.
Matko jedyna ! Ale ja
nie wiem czy się pakowac czy nie. Kiedy 15go znowu nie było wiadomości
odwazyłam się napisać maila do pana R. Naprawde nie chciałam działać okrężnymi
drogami. Pan R. po pół godzinie mi odpisał żebym się nie martwiła bo on skontaktuje
się z firmą a firma ze mną. Ludkowie mili…firma wprawdzie się nie skontaktowala
ale nastepnego dnia kurier przywiózł mi delegację i bilet. Już do nich nie
dzwoniłam…bo i po co…niemniej utwierdzam się w przekonaniu że firma jest
…delikatnie mówiąc bardzo niesolidna.
Przyjechałam do pani
Danke o 7,00 J Pan R. tym razem nie
bładził.
Tak teraz sobie mysle
….jakże inne uczucia towarzyszyły mi tym razem. Zero stresu…podejrzen o
ewentualne porwanie…lepszy niemiecki i rozmawialam z panem R. całą droge zupełnie
swobodnie. Po drodze pan R. zatrzymał się przy piekarni i zakupił bułeczki na
niedanie. Miłe to, nie powiem.
Pani Danke jeszcze
spała. Wjechalam ze swoja walizą do holu…Gosia akurat w łazience robiła
makijaż. Marzyłam o kawie…ale musiałam sobie zrobic sama. No cóż…to żadna
cięzka praca. Śniadanie też zrobiłam, bo Gosia kończyła się pakować. Pan R.
wypił tylko kawę i pojechał. Rozi ma przyjechac o 10tej.
Śniadanie jadłam sama
w salonie. Gosia pakując się mówiła że nie ma czasu bo o 11tej jedzie do Bohun…czy
jakoś tak. Wpadła na chwile do kuchni i wskazała palcem na zlewozmywak.
Na jego dnie leżało
„COŚ” do odmrożenia na obiad. Prostokątny , jasny kawałek CZEGOŚ sobie tam
leżało.
- To na obiad –
powiedziała Gosia i pokazala mi zapisane kartki na stole (tez palcem)
- Tu zapisywałam
dzien po dniu co podawalam do jedzenia. Na sniadanie, obiad kolacje. Wszyscy
byli zadowoleni.
- No dobrze – mówie –
ale po co?
- No żeby wiedzieli
co Emi je.
Zaglądam do
lodowki…oj mizernie będzie …dobrze że Rozi dziś będzie to jej szepne co ma
dokupic.
O 8,00 dzwonek do
drzwi. Wchodzi Johan.
- Oooo! – woła-
Johana! Jestes nareszcie!
Jest mi miło. Bardzo
lubie tego młodego człowieka. No …to taki jest z sercem na dłoni.
Johan nakazał ruchem
reki, żebym na razie nie schodziła i wszedł do sypialni pani Danke. W tym
czasie Gosia opowiadała o swojej zepsutej walizce. Na moje pytania o stan pani
Danke mówiła że wszystko było OK.
- To znaczy że
biegunki już nie ma? – pytam
- No…od czasu do
czasu – mówi Gosia – jak zapomne podac zielone kapsułki.
Czyli bez zmian –
mysle sobie ale Gosi nie zawracam głowy. Tez ma Sajgon bo jedzie ze szteli na
sztele(nowe słowo). To ze ma jechac do Bohun (czy jakoś tak) dowiedziała się
wczoraj…cały czas myślała że tu zostanie jeszcze miesiąc. No Największa Firmo
…masz u mnie plamę.
Johan z panią Danke wyjechał był wlaśnie z łazienki :
- Jooohaaaanaaa!!!
To pani Danke z
krzykiem radości jechała przez korytarz do pokoju. Matko. Jak się cieszyła.
Normalnie mnie zatkało…ale było mi tez miło Po przywitaniu Johan zajął się
swoimi czynnościami po czym sobie poszedł a pani Danke jadła śniadanie
KONIECZNIE w moim towarzystwie. Gosia zniknęła na górzea a ja natomiast padałam
na przysłowiowy”p…” czyli nos. Nie ma szansy żeby się przespać..no może po
obiedzie ale będzie Rozi więc….zobaczymy.
W ogóle to rytm dnia
został zkłócony…spodziewałam się tego. Pani Danke po śniadaniu nie zajęla się
zwyczajowo lekturą gazety tylko rozmową ze mna. Wypytywala o rodzine, podroż i
jej ukochany Breslau. I tu zrobiłam jej niespodziankę. Wprawdzie nie zrobiłam
zdjęc jak to sobie obiecywałam ale przywiozłam album o Wrocławiu w wydaniu
niemieckim. Stary i nowy Wrocław. Pani Danke ze wzruszeniem ogladała zdjęcia
ale nie było szansy w tym czasie nawet na fajeczkę wyskoczyć. Musiałam być
obecna i słuchać wspomnien pani Danke. W koncu powiedziałam ze jestem zmęczona
i musze zrobic sobie jeszcze jedną kawe. Pani Danke ze zrozumieniem pokiwala
głowa i powiedziała:
- Dobrze ale zaraz tu
przyjdź.
W tym czasie zeszła
Gosia. Powiedziaąłm że ide na werande zapalić a Gosia że też. I kiedy tak sobie
stałyśmy a ja próbowałam cokolwiek się dowiedziec więcej usłyszałyśmy wołanie:
- Jooohaaanaa!
- Wola cię – mówi
Gosia.
Matko , przeciez
słyszę, myslę sobie a głosno mówie.
- Idź do pani Emi ja
zaraz przyjde.
Kiedy parzyłam kawe
do kuchni weszął Gosia.
- Ona chce do
toalety.
- No to idź z panią
Emi – ja nawet nie zdążyłam walizki do pokoju wstawic.
- Ale ona nie chce ze
mną – mówi Gosia i poszła na góre. Mimo zmęczenia cisnienie mi skoczyła na
maksa.Poszłam do pokoju a pani Danke z uśmiechem już stała przy balkoniku.
- Dlaczego nie chce
pani iść z Gosią – pytam
Pani Danke z wyrazem
szczęścia w oczach odpowiada:
- Bo ty przeciez
jesteś.
No ręce, nogi i inne
tam mi opadły. Już nawet nie chcialo mi się mówić. Zrezygnowana pomogłam pani
Danke w toalecie. Pani Danke zaległa w swoim magicznym fotelu i nadzwyczajniej
w świecie…zasnęła. Tyle mojego – mysle. Wyszlam na ogród…Jak tu pięknie …już
krokusy i przebiśniegi przekwitaja na drzewach kwiecie…a na werandzie bluszcz
pokrywa się liśćmi tworząc zieloną ściane…jak w tajemniczym ogrodzie J
No nic trzeba się na
chwilę położyc zanim pani Danke śpi a Gosia na posterunku jeszcze. Po drodze do
pokoju jeszcze raz zaglądam na dno zlewozmywaka. „to coś” rozlalo się już. A ze
nie było na żadnym talerzyku ani nawet w folii to spływalo sobie do
odpływu…leniwie, raz po raz wydając lekkie „bul,bul”..
Wzięłam ręcznik
papierowy i wytarłam to coś….części stałe wyrzuciłam do kosza. Zrobię jajka
sadzone i marchewkę z groszkiem…pani Danke uwielbia marchewkę.
O 10 przyjechała
Rozi. Mialam już spisane produkty które powinna kupić. O 11tej przyjechał pan
R. i zabrał Gosie na dworzec kolejowy w Kassel. Dalej miała jechać pociągiem.
Będzie miala ciężko…w dodatku ta zepsuta walizka. Było mi jej żal…
Musialam wyglądać
naprawde nieciekawie bo Rozi kazała mi isc na góre i się położyc. Na moje
pytanie , co z obiadem, machnęła ręką i powiedziala żebym się nie martwiła.
Mamie odgrzeje puszkę zupy a dla nas przywiezie pizze. Poczułam dreszcze kiedy
usłyszałam o puszce ale było mi już naprawde wszystko jedno. Poszłam na góre i
jak nieżywa padłam na łóżko.
Spalam 3 godziny.
Pani Danke była już po puszce a w kuchni czekała ciepła pizza. Nie wiem jak to
Rozi zrobiła J
Przed odjazdem Rozi
dała mi pieniądze na tydzień i powiedziała że w tygodniu przyjdzie Volke
zainstalować mi Internet.
Do przyjścia Johana
siedziałyśmy z panią Danke na werandzie…było na tyle ciepło że tam właśnie
podałam kolację.
Pani Danke była
naprawde szczęśliwa że jestem, A moje odczucia? No cóż…przyjechałam do pracy…i
to na długo…i nie wiem czy dam rade…ale o tym później pomyślę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz